Legendy płockie - Zasypani cz. 1/2

U podnóża góry Tumskiej w Płocku, stała maleńka chatka rybacka, ubożuchna i mchem pokryta od starości. W chatce tej mieszkał rybak, Józef Siłacz. Nie było to jego rodzinne nazwisko; przezwali go tak mieszkańcy tej najuboższej części miasta, dla jego wielkiej, olbrzymiej niemal siły. Najzuchwalszego wołu, gdy chwycił za rogi, osadzał na miejscu tak, że biedne stworzenie głową nawet ruszyć nie mogło; łamał podkowy dwoma palcami, a nawet raz, gdy poszło o zakład, zatrzymał w biegu wóz, szybko jadący i zaprzężony w dobre konie, schwyciwszy za koło jedną tylko ręką. Opowiadali o nim ludzie niemal bajeczne rzeczy, tak, że nazwisko Siłacz nadali mu jednozgodnie i to już pozostało przy nim. On się oto nie sprzeczał; nawet pochlebiało mu to i czyniło dumnym. Zupełnem przeciwieństwem była jego żona Krystyna, szczupła i mała, o delikatnej, białej twarzy kobieta, cicha, łagodna; pokorna prawie Wobec męża. Dzieci mieli troje, dwie córki i syna, najmłodszego chłopca, który miał już lat czternaście. Najstarsza córka Dorota, była urodziwa, nawet piękna. Czarne jej oczy, błyszczące jak gwiazdy, a jak morze głębokie, miały wyraz jakiś smętny i marzący. Dziewczyna nigdy nie śmiała się tym srebrzystym śmiechem młodości, co to rozbrzmiewa jak śpiew ptasząt na wiosnę; nigdy echo nie powtórzyło jej piosenki, bo tej nigdy nie zanuciła wesoło. Co było na dnie duszy tej dziewczyny, nikt nie wiedział, bo nikomu nie zwierzała się ze swych marzeń i uczuć.

Druga, młodsza, Kachna była nic a nic do siostry niepodobną. W urodzie nie ustępowała starszej, a byli nawet tacy co mówili, że Kachna o wiele ładniejsza. Włosy miała jasne, oczy niebieskie, grające życiem i wesołością; zdało się, że wszystko w niej śmiało się tern weselem szczęścia i swobody młodości; kochała wszystkich i wszystko, aż do listka na drzewie, który często całowała, dając mu pieszczotliwe nazwy. Siostrę kochała szalenie, ale jej nic nie rozumiała; nie mogło jej się w głowie pomieścić, aby można żyć bez śmiechu, bez piosenki, bez tych uniesień serdecznych, których Kachna doznawała bezustannie. Najczęściej Więc podnosiła ramiona, wstrząsała głową i ze szczerym, choć chwilowym tylko smutkiem mówiła:
- Szkoda, że jej rozumieć nie mogę, ha, muszę być bardzo głupia.
Antoś, który już miał lat czternaście, był nieco podobny do starszej siostry; odziedziczył po ojcu zręczność i siłę, choć nie w takim stopniu, a przy połowie ryb był mu już pomocą.
Dnia jednego rybak, wróciwszy wieczorem do domu zziębnięty i zmoczony, bo go deszcz spotkał na Wiśle, chmurniejszy był jeszcze niż zwykle, a zmieniwszy ubranie na jakąś starą, ale suchą kapotę, zasiadł milczący do wieczerzy, którą żona spiesznie stawiała na stoliku.
Kachna, przyjrzawszy się ojcu, przestała nucić swoją piosenkę, a Dorotka jak zawsze zamyślona i smutna, sporządzała kapotkę brata, którego w tej chwili nie było w małej izdebce.
Wobec milczenia Siłacza, nikt nie śmiał mówić głośno; ale dla wesołej zawsze Kachny było to wprost niemożebnem, aby tak cicho czas przepędzać i teraz więc odezwała się pierwsza:
- Gdzie Antoś, ojcze? poszedł przecie z wami.
- W szopce sieć rozwiesza, bo na dworze deszcz pada.
- Pójdę mu pomogę, sam sobie pewnie nie da rady - rzekła Kachna i jak ptaszek wyfrunęła z izdebki.
- Dorka - rzekł Siłacz po wyjściu młodszej córki - czasby ci za mąż; zdaje mi się, że już zaczęłaś rok dziewiętnasty.
- Dwa tygodnie temu jak wstąpiła w dziewiętnasty - odezwała się Krystyna cichym głosem, spoglądając na córkę.
Dorota zadrżała; z trwogą spojrzała na ojca; to jego odezwanie się bez żadnego poprzedniego przygotowania, spadło na nią, jak grom jaki.
Po chwili milczenia, bo i matka oniemiała prawie, spojrzawszy na bladą twarz córki, Siłacz znów się odezwał:
- Prawie że przyrzekłem Janowi Wyrębie, iż pójdziesz za niego, no i pójdziesz - dodał z mocą.
Dorka zerwała się ze stołka i blada, jak płótno, z błyszczącemi oczami, z których padały błyskawice oburzenia, krzyknęła:
- Nigdy, ojcze! nigdy nie wyjdę za Jana Wyrębę.
- Co? - zapytał ze zdziwieniem, lecz spokojnie Siłacz - co mówisz? powtórz.
Dorka nie opuściła oczu, lecz odrzekła śmiało:
- Nie będę żoną Jana Wyręby! ja go nie chcę.
- Ty, ty nie chcesz - rzekł Siłacz syczącym niemal głosem - ale ja chcę, rozumiesz? ja chcę, no i pójdziesz za niego. Za trzy tygodnie ślub naznaczam; za trzy tygodnie będziesz żoną Jana Wyręby. Ty, matka - zwrócił się do żony, która struchlała, słuchając słów męża - ty poczyń przygotowania; trzeba dziewczynie sprawić to i owo; dam czterdzieści złotych, boć jej w jednej koszuli i sukience z domu nie wypuszczę. Na wesele dam osobno, boć to przecie nasza najstarsza; trzeba wesele wyprawić porządne.
Dorka stała, jak posąg; już nic nie mówiła; spuściła załamane ręce; wargi jej posiniały; drżała jak w febrze.
Siłacz, spojrzawszy na nią, splunął i, kładąc czapkę na głowę, rzekł:
- Głupia, boi się, sama nie wie czego; "nie taki djabeł straszny, jak go malują", zakończył znanem przysłowiem i wyszedł.
Po wyjściu ojca, Dorka spojrzała na matkę błagającym wzrokiem, ale w głosie jej była stanowczość, gdy rzekła:
- Matko, ja nie chcę Jana Wyręby.
- Moje dziecko - szepnęła kobieta - jak to się oprzeć woli ojca, ty wiesz, że jak co postanowi, nie cofa się.
- Mogę umrzeć, matko, a Jana nie zaślubię - mówiła Dorka - ojciec nie może tego po mnie żądać.
- Stary i brzydki - rzekła matka - nie masz więc serca do niego. Biedne dziecko moje, oj biedne.
Kobieta rozpłakała się.
- To nie to, że stary - odrzekła Dorka - przemogłabym się i uczyniła wolę ojca, ale matko, to pijak i... i złodziej.
Dorka wstrząsła się cała, jak od ukąszenia żmji; oczy jej błyszczały, twarz pałała gorącym rumieńcem.
Na to weszła Kachna, popychając brata przed sobą i nucąc wesołą piosenkę.
Na widok Dorki, piosnka zamarła na jej ustach, a gdy jeszcze ujrzała łzy matki, zawołała:
- Co się to stało? Dorka! co tobie?
I rzuciła się do siostry, chwytając ją w objęcia.
- Dorka, Dorka, co tobie? - powtarzała i tuliła się do siostry pieszczotliwie.
Antoś stanął przy drzwiach i zdziwione oczy zwrócił na matkę.
- Co to? - zapytał krótko.
Matka nie prędko zdobyła się na odpowiedź.
Ah - rzekła po chwili - ojciec chce, żeby Dorka poślubiła Jana Wyrębę, a ona się zacięła i nie chce.
Jana Wyrębę? - wykrzyknął chłopiec - Jana Wyrębę? a czy to Dorka dla niego tak wyrosła?
Chłopak dumnym wzrokiem spojrzał na siostrę. Jakże był do niej podobnym.
Kachna odsunęła się od Dorki i powtórzyła jak oni:
- Dorka za Jana Wyrębę?
- Cóż znów tak dziwnego - rzekła matka, przestraszona tym wybuchem dzieci, a bojąc się z ich strony oporu dla woli ojca, chciała powstrzymać to oburzenie
- Jan Wyręba nie dla Dorki - rzekł chłopiec ponuro.
- Matko, pierw umrę, nim żoną jego zostanę - mówiła Dorka z mocą - śmierć przyjmę z radością, jego za męża - nigdy!
Kachna, która stała smutna prawdziwie, co jej się nie zdarzało dotąd w życiu, podniosła na siostrę wzrok łzawy i zapytała:
- A czy potrafisz nie posłuchać ojca? czy zdołasz oprzeć się jego silnej woli? wiesz, że jak co powie, nie cofa się nigdy. Dorka, pomyśl nad tem.
- Już pomyślałam - rzekła dziewczyna - umrzeć mogę, ale za Jana Wyrębę iść nie mogę i... nie pójdę.
Wstrząsnęła głową. Był jakiś upór w jej słowach, jakaś siła, która zimnem przejmowała.
Ledwie Dorka mówić przestawała, wszedł z powrotem Józef Siłacz.
Wszyscy poruszyli się z miejsc swoich, udając jakieś zajęcie, ale nikt nic nie robił, poruszając się tylko automatycznie niemal. Rybak usiadł na stołku, spojrzał dookoła i rzekł:
- Jan dziś przyjść nie może: jutro tu będzie, umówiliśmy się ze wszystkiem prawie.
- Jan przyjść nie może, bo pijany; na nogach ledwie stoi - odezwał się Antoś ze śmiechem.
- Milcz! - krzyknął Siłacz - milcz! do ciebie to nie należy.
- Ojcze - rzekł chłopiec, nieulękniony groźnemi słowy - ojcze, czy to prawda że Dorkę chcesz wydać za Jana Wyrębę?
- Prawda - rzekł Siłacz - a ty się w to nie wtrącaj, co do ciebie nie należy.
- Przecie to siostra moja - rzekł chłopak - Wyręba to pijak, że już nie powiem więcej.
- Milcz! - wrzasnął Siłacz i zerwał się z miejsca. Wszyscy struchleli, matka ukryła twarz w dłoniach, a chłopak śmiało patrzył w twarz ojca.
- Ojcze! - zawołał chłopiec, składając ręce na piersiach - już milczeć nie mogę; ja kocham naszą Dorkę; ja życie za nią położę; a ona nie chce Jana Wyręby; ona powiada, że woli pierw umrzeć, niżeli zostać jego żoną. Wiesz, ojcze, że on pijak i... Chłopiec nie dokończył, bo ciężka ręka ojca spadła na twarz jego, a głos piorunujący wrzasnął:
- Milcz! głupiec jesteś!
Antoś się zachwiał, krew buchnęła mu ustami, a krzyk matki i sióstr, które jednocześnie rzuciły się ku bratu, rozległ się w małej izdebce.
- To nic - szepnął chłopiec słabym głosem - cicho! cicho! Józef Siłacz wyglądał strasznie, twarz jego aż nabrzmiała od gniewu, oczy ciskały błyskawice, dyszał z powstrzymanego wybuchu, bo kochał bardzo swego jedynaka. Zadrżał, ujrzawszy krew broczącą z ust dziecka, żałował w duszy tego, co uczynił, ale za żadne
skarby świata, nie byłby przypisał sobie winy. Tak, myślał, to te parę kieliszków wódki, które wypił u Jana Wyręby, wytoczyły krew z ust Antosia. Zaciął się jednak. Nie, on woli swej nie cofnie. Dorka musi iść za Jana, bo przyrzekł, że mu ją odda za żonę. Dziewczyna młoda, to się przyzwyczai, myślał, a starego powstrzymać potrafi od wybryków.
Tymczasem dziewczęta zanosiły się od płaczu, matka bezustannie podawała wodę z octem do płukania; krew jednak buchała, a chłopiec zasłabł bardzo. Blady był jak płótno.
To twoja robota, uparta i głupia dziewczyno - rzekł szorstko rybak do córki, a gniew znów zaczął się w nim budzić, na widok coraz bardziej opadającego z sił chłopca.
Dorko - szepnął chłopiec do nachylającej się ku niemu siostry - nie chodź ty za Wyrębę, bo strasznym jest człowiek, gdy rozum i sumienie utopi w wódce.
Siłacz widząc, że chłopiec szepcze coś do pochylonej nad nim siostry, zły, chociaż rozrzewniony w głębi duszy, nacisnął czapkę na głowę i wyszedł, nie zamykając drzwi za sobą.
Wiatr, wpadający gwałtownie do izdebki, otrzeźwił chłopca, uczuł ulgę w piersiach i odetchnął swobodniej, choć oczy miał przymknięte i leżał bez poruszenia; krew z ust płynąć przestawała. Uspokoili się trochę wszyscy, bo zdawało się, że Antoś przychodzi do siebie; matka siedziała na łóżku z pochyloną głową i załamanemi rękoma. Kachna, zamyślona stanęła przy okienku, topiąc wzrok w ciemnych przestworach nieba. Dorka tylko stała przy chłopcu ze spokojem na bladej twarzy.
Nie myśl, Antoś, o Janu Wyrębie - rzekła, pochylając się nad nim; staraj się zasnąć, to cię wzmocni, a nie mów, bo się krew znów rzuci.
Dobrze - rzekł chłopiec sennym głosem - ale ty Dorka, trwaj przy swojem i... nie chodź - dokończył, usypiając.
Teraz dopiero spostrzegli, że twarz miał mocno spuchniętą, a silne znaki palców ojcowskiej ręki, odznaczały się na niej wybitnie.
Matka rozpłakała się.
Mój Boże - biadała - wie o swojej sile i tak dziecko pokaleczył.
I to za mnie - rzekła smutnie Dorka - a Antoś upominał, abym trwała w postanowieniu, choć tak skrzywdzony niesłusznie.
- I nie pójdziesz za Jana? - zapytała Krystyna.
- Matko! o matko, ja nie mogę zostać jego żoną, on wstręt We mnie budzi.
- Co będzie? ojciec się też zawziął, ty go znasz, ty wiesz, na czem się to skończyć może - rzekła matka, przestraszona na samą myśl nieposłuszeństwa córki.
- Może mnie ojciec zabić, może pokaleczyć - rzekła Dorka - ale mnie nie zmusi, abym poślubiła tego człowieka.
Krystyna znała i córkę dobrze, wiedziała, że z nią Walka nie łatwa, bladła Więc i drżała na wspomnienie, co z tego starcia dwóch takich charakterów wyniknie. Była prawie pewną, że ojciec zwyciężyć musi, ale biedna jej córka, co się z nią stanie? czem ona to przypłaci?
Kachna spoglądała kolejno to na matkę, to na siostrę, a śliczne, błękitne jej oczy mgłą zachodziły. Widocznie coś rozważała, pasowała się z jakąś myślą, jakby targowała się sama z sobą, lecz nareszcie musiała zwyciężyć, bo wstrząsnęła głową, a zbliżając się do matki, zapytała:
- Powiedźcie mi, matko, czy Dorka wiele jest ładniejszą ode mnie?
To pytanie uczynione w takiej chwili, wywołało w twarzy matki cierpki wyraz, odpowiedziała więc z nieukontentowaniem:
- Co ci też w głowie znów świta? widzisz przecie, jak jesteśmy pomartwieni wszyscy.
- Dlatego też właśnie pytam, bo moja matko kochana, ja sobie umyśliłam, żeby Jan Wyręba wziął mnie w miejsce Dorki; ja mam taką ochotę iść za mąż...
Zaczerwieniła się, potem zbladła i spuściła oczy. Dorka popatrzała na nią, wzruszyła ramionami i rzekła:
- Czy myślisz, że przystałabym na to?
- Myślę - odpowiedziała dziewczyna już spokojnie - mnie uczyniłabyś wielką przyjemność i radość, a wszystkim oszczędziłabyś gniewu ojca. Gdyby tylko Wyręba chciał mnie za ciebie.
- Kachna, wybij to sobie z głowy - mówiła Dorka wzruszona.
- Otóż, że nie wybiję - mówiła gorączkowo prawie - widzę, że ci żal teraz, nie chcesz, abym w czepku chodziła.
- Kachna...
- Żeby tylko Wyręba się zgodził.
- Dziecko jesteś, masz dopiero lat szesnaście skończonych.
- I miesięcy sześć - dodała Kachna wesoło - nie sprzeciwiaj mi się i nie zazdrość, mnie tak ładnie będzie w czepku.
Rzuciła się ku siostrze i poczęła ją ściskać i całować.
- Kachna - rzekła Dorka mocno wzruszona - ty chcesz mnie ratować, a siebie zaprzepaścić, nie, nie, ja na to przystać nie mogę. Ty, ty, żoną Jana Wyręby?
- Żeby tylko chciał. Dorka potarła ręką czoło.
- Nie, nie, to być nie może, matko, ty przecie nie pozwolisz?
- Ja nie pozwolę? - rzekła kobieta - ja, taka bezsilna i słaba wobec woli waszego ojca? ja? Dzieci moje, czyż wy nie patrzycie na życie nasze, czy nie widzicie tego, że moja wola nic nie znaczy?
Pierwszy to raz Krystyna wyrzuciła skargę na męża; zawsze cicha, milcząca i pokorna, nie próbowała nawet mieć swojej woli, ale dziś, gdy córka odwołała się do niej o pomoc, targnęło się coś w duszy biednej kobiety, ogarnął ją żal głęboki, że głos jej nie miał żadnego prawie znaczenia. Już w kilka dni po ślubie wiedziała, jak jej życie upływać będzie, ustąpiła pierw, nim ją zmuszono do ustępstwa i z wesołej, śpiewającej zawsze, jak Kachna teraz, dziewczyny stała się smętną, cichą i pokorną niewiastą.
Wiedziała, że taki sam los czeka każdą jej córkę, jeżeli zostanie żoną Jana Wyręby, ale wiedziała i to, że temu zapobiedz nie może; wystąpienie jej nie polepszyłoby sprawy, ale przeciwnie, nietylko jej, ale i córce na gorsze wyjść mogło.
- Ha - rzekła Dorka z nagłą determinacją - więc jedna z nas zginąć musi, naturalnie, że nie Kachna, na to nigdybym nie przystała, nigdy!
Biedna dziewczyna zapomniała, że parę godzin przed tem, mówiła tak samo, że nigdy żoną Jana Wyręby nie będzie.
Ale Kachna, jak wszyscy sądzili, taka pusta, taki dzieciak wesoły i śpiewający, miała hart duszy, miała w sercu niewyczerpane skarby miłości i poświęcenia. Dorkę kochała nad wszystko na świecie, ona jej szczęście własnem okupi, a nawet wiedzieć nie będzie ta siostra ukochana, że to ona ją uratuje.
I teraz, choć łzy dusiły ją prawie w gardle, rzekła wesoło:
- Już ty Dorka nie psuj mi doli, ja muszę mieć czepiec na głowie, bo mi w czepku ładnie. Wielka mi rzecz Jan Wyręba. Czy myślisz, że go się boję?
- Stary już - szepnęła matka.
- O! to przecie najmniejsza, będzie więcej za to młodą żonkę kochał - zawołała Kachna, kryjąc mimowolny dreszcz, jaki nią silnie wstrząsnął.
- Ale dziecko, on pije nałogowo i... nie. Kachna, ty nie możesz zostać jego żoną - śmielej nieco rzekła matka, która do Kachny mniała w duszy większe jakby uczucie, tak ona jej przywodziła na pamięć dawno minioną przeszłość, gdy sama była wesołą i szczęśliwą w chacie ojców jedyną córką.
- Pije? - powtórzyła Kachna, a wzruszywszy ramionami rzekła niby z pewnością - no, to pić nie będzie, bo mu nie dam. Ja się nawet i ojca nie ulęknę, choć sobie czasem głowę zapruszy, o jej - dodała zuchowato - Już mi tylko w drogę nie wchodźcie, ja taką mam ochotę wytańcować się na własnem weselu. Dopiero to ludzie będą mi się przyglądać, boć mówcie, co chcecie, ja wiem przecie, że bardzo brzydką nie jestem.
Dorka uczuła w sercu jakąś błogą ulgę, ale zarazem i żal wielki nad siostrą, podejrzywała bowiem, że to ofiara z jej strony i poświęcenie wielkie, zawahała się więc i rzekła:
- Kachna, ty prawdę mówisz?
- A tylko co? - odpowiedziała, nie patrząc na siostrę.
- Bo... bo... ty może tylko chcesz moje nieszczęście wziąć na siebie.
- O! pilnoby mi było - rzekła Kachna, wyglądając okienkiem, aby ukryć łzy, których już powstrzymać nie mogła - widzę, że chcecie na przekór mej chęci stanąć. Słuchaj, Dorka - dodała z mocą, odwracając się na izdebkę, bo już starła ślady łez z twarzy - słuchaj, to, co ty nazywasz nieszczęściem, mnie się uśmiecha radością, nie psuj mi tej radości, jeżeli mnie kochasz.
Nim Dorka zdążyła co powiedzieć, dało się słyszeć w sionce szuranie nogami, kaszel jakiś niby, a po chwili wszedł Józef Siłacz z miną tęgą, czapka na bakier, znać podchmielony i podniecony zajściem w domu; fantazję miał wielką.
Za nim wtłoczył się mężczyzna, również w czapce na głowie, w którym gdy kobiety poznały Jana Wyrębę, mimowolnie wszystkie trzy wykrzyknęły:
- Ach!
- Cóż tak wrzeszczycie? - rzekł Siłacz, plącząc trochę nogami, a doszedłszy do łóżka usiadł na nim ciężko.
Wyręba rozejrzał się po izdebce, a zatrzymawszy wzrok na Dorce, sunął ku niej, szurając nogami.
Był to mężczyzna lat przeszło czterdziestu, chudy i wysoki.
Oczki miał małe i świdrujące; ręce długie, któremi bujał jak skrzydłami, a każdemu najpierw musiał wpaść w oczy jego nos, duży jak kartofel, czerwony aż siny i w dodatku zapstrzony jakiemiś krostami i brodawkami.
Postać tego człowieka wstręt budziła.
Zbliżył się do Dorki, zdjął czapkę i rzekł z miną pewną siebie:
- No i cóż jejmościanka na to, hę?
Fala krwi uderzyła na twarz dziewczyny, nogi pod nią zadrżały.
- Ha, ha, ha - zaśmiał się rubasznie, obejmując zaiskrzonym wzrokiem piękną dziewczynę - ha, ha, ha, no, no, nie trzeba się tak czerwienieć.
Kachna spojrzała na siostrę i łzy zakręciły jej w oczach, ale zapanowała nad wzruszeniem, zbliżyła się do starego i rzekła z uśmiechem:
- Moją siostrę głowa dziś boli, niechętna więc do gadania, już to coprawda zdrowiem nie grzeszy.
- Ale Kachna wygląda, jak róża - rzekł stary kontent, że mu się nadarzyła sposobność do powiedzenia dziewczynie takich słów słodkich.
Wówczas nie było jeszcze we zwyczaju mówić, "pan" lub "pani" między pracownikami tej klasy, a przy tem Wyręba znał dziewczęta od małych dzieci i nawet na myśl mu nie przyszło, aby im miał mówić inaczej.
Na ten komplement o róży, Kachna zaśmiała się wesoło:
- O! ja - rzekła, spoglądając na starego tak, że go aż mrowie przeszło - ja zawsze zdrowa jak rydz, nie tak jak Dorka, która ciągle kwęka, mnie nawet palec nie zaboli.
Nikt nie zaprzeczył i słowem, bo Siłacz drzemał, kiwając się na wszystkie strony, a matka zadumała się głęboko, kiedy to Dorka tak kwęka i kiedy choruje na głowę.
Wyręba już oczów od Kachny nie mógł odwrócić, ani nawet spojrzał na "kwękającą" Dorkę, która nie umiała się ani śmiać ani tak wesoło świergotać, jak ten oto ptaszek.
Kachna, widząc, że stary mile jakoś na nią spogląda, śmiała się i przysuwała bliżej Wyręby, co nie było trudno w małej izdebce.
Usiedli nareszcie na jednej ławce pod okienkiem i rozmawiali coraz to ciszej, Kachna często wybuchała śmiechem, a stary ocierał czoło i sapał jak miech kowalski.
Siłacz spał aż chrapiał, Krystyna siedziała przy Antosiu, którego sen był przerywany częstem jęczeniem, Dorka blada i jakby zmęczona siedziała na małym stołeczku, a Kachna śmiała się i rozmawiała z Wyrębą, któremu wreszcie powiedziała, że czas, aby już poszedł do domu, do czego stary, acz niechętnie, zaczął się zabierać. Kachna poświeciła mu małym kagankiem aż do sionki, a gdy wróciła do izdebki, Dorka zerwała się ze stołeczka i zawołała:
- Kachna! to szaleństwo! ty nie możesz zostać żoną tego człowieka.
- A taki zostanę - rzekła trochę szorstko Kachna - umówiliśmy się już nawet, jutro na zapowiedzie, a za dwa tygodnie ślub.
Dziewczyna wyczerpana widocznie, rzuciła się na łóżko przy nogach Antosia i ukryła twarz, aby nie wyczytano na niej, jakie piekło działo się w jej duszy.

Źródła: 

Mazur kalendarz na rok przestępny 1908, Wydawnictwo gazety Mazur w Płocku, 1907