Legendy płockie - Zasypani cz. 2/2

Józef Siłacz dowiedziawszy się o zmianie, jaka nastąpiła podczas snu jego, z początku zaczął się gniewać, rzucać, krzycząc, że nie pozwoli, aby taki smarkacz, jak Kachna, pierw szła za mąż, aniżeli Dorka, starsza i poważniejsza. Spuchnięta jednak i z sińcami twarz Antosia, powstrzymywała jego wybuchy, a gdy jeszcze i chłopiec, który ledwie mógł mówić, gdyż mu się po jednej stronie wszystkie zęby poruszyły od silnego uderzenia, zaczął prosić, aby Dorki nie przynaglał, a Kachnie nie wzbraniał, kiedy ma taką ochotę, dał się jakoś uprosić, pierwszy raz pewnie w życiu ustąpił, choć mruczał i sapał.
Zaczęto więc szykować do wesela i nadszedł wreszcie dzień, oczekiwany z trwogą i rozpaczą w duszy dla Kachny, chociaż mężna dziewczyna nie okazywała tego i gorączkową, nienaturalną nawet wesołością, chciała ukryć przed wzrokiem matki i siostry to, co sama czuła.
Ale matka dzień każdy znaczyła łzami, choć się z niemi kryła. Ileż razy biedna kobieta czyniła silne niby postanowienie, aby wystąpić w obronie córki, aby zerwać póki czas jeszcze te kajdany, które jej dziecko chciało dobrowolnie kłaść na siebie, ale, gdy spojrzała na męża, gdy na niej spoczął chmurny wzrok jego, gdy usłyszała gniewny i grzmiący głos, milkła, odwaga odstępowała od niej i była znów cicha, uległa służebnica swego pana.

A Dorka? Dorka niemal sroższe przechodziła męki od siostry, bo sumienie wołało, na nią głosem strasznym, że nie powinna była przyjąć poświęcenia tak młodziutkiej, niedoświadczonej siostry. Gniew ojcowski musiałby minąć, a choćby poniosła skutki jego, to znieść mogła i powinna, a targnąć się na szczęście siostry i swoje, nie miała prawa. Ale to było dawno, dawno temu, gdy nie znano granic posłuszeństwa woli rodziców, a ojciec był panem życia dziecka i podług woli jego wszystko się dziać musiało. Krystyna w tych zasadach była wychowana i takie zasady wpoiła w dzieci swoje. Wprawdzie ojciec Krystyny był dobry, łagodny i wyrozumiały, matkę uważała za świętą, w domu ich nigdy nie było zgorszenia, nigdy niezgody i kłótni, cóż więc dziwnego, że woli ojca zawsze się stało zadość, gdy wola ta nie była nikomu ciężarem.
Co innego było teraz. Siłacz gwałtowny i surowy nie znosił najmniejszego oporu swej woli; dzieci zwyczajne były tego od najmłodszych lat swoich, a żona w kilka dni po ślubie, wiedziała już, że ma nad sobą samowładnego pana.
Już od rana, w niedzielę, w którą wychodziła trzecia zapowiedź, w ubogiej chatce rybaka gwarno było i ludno. Matka uwijała się i kręciła; Dorka chodziła jak błędna, ani wiedząc prawie, co czyni i nie śmiejąc nawet spojrzeć na siostrę. Kachna blada, z podkrążonemi oczami, w których zdawało się, że zagasł blask i życie młodości, śmiała się do wszystkich śmiechem niby wesela, unikała tylko wzroku przyszłego męża, który z widocznym wysiłkiem powstrzymywał się od wódki, myśląc o tem ciągle, że za parę godzin tę piękną, młodziutką dziewczynę nazwie swoją. Postanowił, że do ślubu nic pić nie będzie, bo nużby sobie podchmielił, a ksiądz ślubu mógłby nie oddać, a wszystkie marzenia mogły przepaść. Spluwał tylko i chodził markotny, bo i dziewczyna tak mu się jakoś umiała wymknąć, ile razy chciał ją pocałować, a robiła to tak zręcznie, że nawet gniewać się na nią nie mógł. Obiecywał sobie w przyszłości powetować to stokrotnie, zapłaci jej za to, co teraz z jej przyczyny przechodzić musi. Dla niej wódki dziś jeszcze nie pił, czyż to nie męka?
Dzień był pochmurny, mglisty, a choć to było już przy końcu września parno było i duszno, a słońce skryło się tak głęboko, jakby nie miało odwagi, spojrzeć na ten dzień weselny.
Trudno opisywać chwilę, gdy wyruszano do kościoła, a gdyby nie śpiew drużbów, nie ochota weselników i nie rzępolenie skrzypiec i huczenie basetli, możnaby myśleć ktoby spojrzał na te trzy kobiety domowe, których serce targała rozpacz, a łzy drżały pod powiekami, że to raczej pogrzeb kogoś ukochanego, a nie dzień ślubu córki.
W tym gwarze i tłumie ludzi zapomniano o Antosiu, który nie brał udziału w tej zabawie, w jakiej młodzi zwykle uczestniczyć lubią. Chłopiec twarz miał jeszcze podwiązaną, bo od tego uderzenia przez ojca, pozostało mu trzęsienie się głowy, czego żadną silą powstrzymać nie mógł.
Teraz więc do kościoła iść nie chciał, lecz smutny i zamyślony, siedział w kącie izdebki, nie zawadzając nikomu.
Wrócono wreszcie z kościoła, a Kachna była już żoną Jana Wyręby, który najpierw po przyjściu do domu wypił potężny kielich wódki, poczem rozjaśniało mu się w głowie i nuż w umizganie do żony.
Ale spojrzenie Kachny zmroziło zapał starego; mrucząc więc coś do siebie, poszedł odwagi szukać w kieliszku.
Siłacz, który to śledził z boku, poszedł do zięcia.
- Głupstwo Jaśku - mówił cichszym nieco głosem, nalewając kieliszek - powiadam ci, że głupstwo, one wszystkie takie z początku, no, do ciebie, zięciu kochany.
Wychylił duszkiem, a nalawszy, podał Wyrębie.
- Bo widzicie ojcze - mówił stary rad widocznie, że do równego sobie wiekiem może mówić "ojcze" - bo widzicie, ona dzisiaj wcale nie roześmiała się do mnie i, ani razu nie pokazała białych ząbków.
- Głupstwo, mówię ci, że głupstwo - rzekł Siłacz, nalewając znów kieliszek - postaw się odrazu tak, aby ci przez całe życie ząbków nie pokazała, bo, że je ma, to ma.
- Masz prawdę - odrzekł Wyręba, zapominając nawet zatytułować ojcem podchmielonego już Siłacza - masz prawdę, postawię się odrazu ostro i nauczę jejmościankę moresu.
Wypił wódkę i z czerwonym już nadobre nosem, ruszył prosto do Kachny.
Na dworze tymczasem, coraz większa gromadziła się mgła; powietrze było duszniejsze, aż koło godziny czwartej, stało się prawie ciemno i zaczął padać deszcz silny, który nie wróżył, aby się prędko skończył.
W małej izdebce rybaka gorąco było nie do wytrzymania. Muzykanci pomieścili się jakoś na kominie; obiad gotowano u sąsiadki, która w tym kłopocie poradziła, dając swoją kuchenkę. Dużo weselników stało w sieni, gdzie się ochronili przed deszczem, ale nikt jakoś ustąpić nie chciał, każdy czekał końca zabawy, czyli oczepin, podczas których chciał sumiennie spełnić swój obowiązek, aby grosz ciężką pracą zdobyty, złożyć na tackę, na zagospodarowanie dla panny młodej.
Nie było jednak wesoło; każdy czuł jakąś przygniatającą go rękę, jakiś niepokój w duszy, którego sam sobie wytłomaczyć nie umiał. Mężczyznom już dobrze kurzyło się z czupryny, bo Wyręba nie żałował wódki na swoje wesele, którego się prawie już nie spodziewał, gdyż kilka razy próbował konkursów, ale go żadna dziewczyna nie chciała, a na takiego ojca, jak Józef Siłacz, nie mógł natrafić. Aż tu spadła nań jak z nieba, żonka młoda i piękna, jakiej nie spotkał dotąd, więc jak tu żałować wódki i sobie i drugim? Nie żałował też i już sam ledwie się trzymał na nogach.
Dobrze już było po północy; deszcz nietylko, że nie ustawał, ale się wzmagał coraz gwałtowniejszy. Ciemno było na dworze, ciemno aż przerażające; słychać tylko było szum i plusk Wisły, który dziś jakoś złowrogo rozlegał się w powietrzu.
Kachna smutna i zamyślona stała przy okienku, patrząc w dal ciemną. Wtem w ucho jej wpadły glosy, że czas na oczepiny.
Zadrżała; więc ona naprawdę będzie miała czepek na głowie? więc ona naprawdę ma męża?
- Boże! ratuj, Matko Najświętsza! - jęknęła i oczami szukała Dorki, aby widok jej wolności i swobody, osłodził choć trochę jej dolę i umocnił biedaczkę na życie tak straszne, na męczarnie, których nawet objąć myślą nie mogła.
Ujrzała Dorkę, jak pochylona nad Antosiem, szeptała mu coś do ucha, a chłopiec się podniósł i wyszedł do sieni.
- Oczepić! oczepić - wołano.
Dorka zbliżyła się do Kachny, przycisnęła ją do siebie i załkała:
- O! siostro moja! biedna siostro moja!
- Matko Najświętsza! ratuj! - błagała Kachna.
Siłacz, trzymając Wyrębę za szyję, siedział z nim na łóżku i bełkotał nieprzytomnie:
Głupstwo... zięciu kochany... głupia... dziew-dziew-czyna.
Ta-ak - mruczał Wyręba, kiwając się - po-o-oczepinach... pójdziemy... do... do...
Wiatr zawył straszliwie, deszcz lunął, jakby się otworzyły upusty niebieskie i naraz, dał się słyszeć trzask łamanych drzew i krzewów i wielki kawał oberwanej góry, pokrył chatkę rybacką, a wszyscy w niej znajdujący się, żywcem pogrzebani zostali*.
Straszny ten wypadek przerwał dalsze słowa Wyręby.
Ratunek nie mógł być pośpieszny, gdyż miasto spało, a deszcz i wicher głuszyły jęki przywalonych. Nad ranem dopiero zaczęto rozkopywać zasypanych, ale już żywych nie było, bo i chatkę ciężar ziemi zdruzgotał i połamał. Ciała zabitych przedstawiały widok okropny; twarze powykrzywiane przestrachem i rozpaczą budziły litość i płacz towarzyszących przy odkopywaniu. Tylko Dorka i Kachna objęte uściskiem miały jakby uśmiech na ustach, jakby radość wyzwolenia z kajdan niewolniczych.
Antoś tylko ocalał, bo Dorka widziała, że chłopiec był smutny i chory widocznie, bo nie należał do zabawy, zdołała go namówić, aby poszedł do sąsiadów, którzy byli na weselu, położył się i przespał choć trochę. Antoś usłuchał, poszedł, i to go ocaliło.
Rozpaczy chłopca opisać trudno; rzucił się na ziemię, a słyszano, że tylko powtarzał:
- O! matko moja! Dorko! ach Dorko.
Siostrę tę kochał nad życie.
Gdy się wieść o tym wypadku rozniosła i zaczęto się zajmować losem Antosia, ten znikł nagle i nie wiedziano, gdzie go szukać. Myśleli nawet, że się chyba w przystępie smutku utopił, ale że chłopiec miał silną wiarę i miłość Boga, więc mu to nawet nie przyszło do głowy, ale się udał do klasztorku Reformatów, powiedział, kto jest i prosił, aby mu Ojcowie nie pożałowali kawałka chleba, a on do śmierci zostanie z nimi i będzie pracował, ile mu sił i zdrowia starczy.
Klasztor przytulił biednego sierotę, on też pozostawał z nimi, wywdzięczając się pracą za dany przytułek.
Jednak głowa trzęsła mu się do śmierci. Była to pamiątka, acz smutna bardzo, siły ojcowskiej ręki. Chłopiec jednak modlił się gorąco za jego duszę, ale gdy w modlitwie wymawiał imię Dorki, łzy zawsze błyszczały w jego oczach.

*) Opowiadano to jako wypadek prawdziwy.

Źródła: 

Mazur kalendarz na rok przestępny 1908, Wydawnictwo gazety Mazur w Płocku, 1907.