Borowice dawniej...

Autor: 

Sławko Gajewski
"I zrozumiałem, że już nie ma krainy mego dzieciństwa. Że żyje ona tylko we mnie i razem ze mną rozsypie się w proch którejś z nadlatującej z nicości godziny." [1]
Poniżej przedstawiam Państwu krótkie wspomnienie mieszkańca Borowic, Pana Henryka Tobiasza z lat 1938-45. Jest to bardzo żywy i spontaniczny zapis pamięci człowieka urodzonego na tym terenie. Opowiada o życiu ludzi wsi tu żyjących, ich roli w pracy dworu, w końcu i o samych właścicielach folwarku Borowice - Państwa Turskich.

Ze względu na ogromny wysiłek Pana Henryka wręcz niezwykłego skupienia i namyślania się - i z szacunku jaki mu się przynależy; całe wspomnienia zamieszczam bez żadnych poprawek. Ufam, iż doda mu to swoistego uroku i prawdziwości intencji.
Ja, jak zapoznałem Państwa Turskich, u których tutaj mój ojciec pracował był folwark. Miał około 30-tu chyba włók ziemi i ze 20-cia lasów.
Państwo Turscy byli ludźmi dobrymi musiałbym powiedzieć, bo oni po prostu potrafili na czas ludziom wypłacać. I życie u nich było niezłe, trzeba by powiedzieć. Turscy byli gospodarzami dobrymi, oni nie bawili się tak jak słyszałem inni dziedzice, Turski bardzo chętnie pracował na gospodarstwie. Pracowników było około (pan Henryk myśli), chyba żebym nie skłamał koło sześćdziesięciu...
Turski zajmował się przeważnie uprawą zbóż - rzepaku i buraków cukrowych. Miał niedużą hodowlę, chyba około 40-ci sztuk krów i cztery..., proszę pana; cztery czwórki koni, które były do pracy tutaj zatrudnione (po namyśle Pan Henryk dodaje, że dwa konie do powozu).
Miał troje dzieci - najstarsza córka była żonata za (lekarza wojskowego; Zagórowski ?). Druga córka była żonata... dokładnie nie pamiętam już, ale chyba pracował gdzieś w ministerstwie - ten jej mąż. Syn Turskich umarł mając lat 18-cie.
Mój ojciec po prostu pracował u tego Turskiego przez 25 lat - pracując u niego, pracę swoją wykonywał we wszelkich fachach. Muszę zacząć od tego, że był rymarzem i cieślą i stróżem nawet!, - ostatnio pilnował go w jego własnym domu. Ojciec był lubiany przez Turskiego. Dlaczego? Dlatego, że tą pracę którą wykonywał Turskiemu pasowała, bo wszystko było zrobione w czasie, nie potrzebował jeździć nigdzie, żeby coś zeszyć, jak któremuś tam fornalowi - bo tak się nazywali fornale; na koniu coś pękło, czy jakiś trok był potrzebny zreperować - ojciec szybko to robił. No i przez to był lubiany i dlatego długo pracował na tym majątku. W majątku tym pracę swoją wykonywał we wszystkich miejscach, gdzie by nie był postawiony. Nawet nieraz był i do kosy wzięty, bo praca tutej nie zawsze była sformowana, że w jednym miejscu robił, bo jak coś zrobione było, musiał przechodzić do innej pracy, no i nawet był i pracował na polu.
Pracując w majątku 25 lat, wtedy już przysługiwała emerytura. Dziedzicowi nie wolno było zwolnić takiego pracownika. Dlaczego? Dlatego, że już te lata były przyznane, nawet, nawet w sądzie! Nie wygrałby dziedzic, żeby mógł zwolnić ojca. Musiałby (ojciec), przekroczyć coś chyba mocno, ukraść coś, czy coś inne - no to wtedy mógłby dziedzic wyrzucić. A tak nie wolno mu było wyrzucić. I dziedzic takiego pracownika musiał już trzymać aż do śmierci, po prostu do samej śmierci.

Po wejściu Niemców, dziedzic Turski chciał zostać dłużej na majątku, ale Niemcy go wypędzili i mu szkoda było opuścić tego pięknego miejsca, w którym mieszkał. To było coś wspaniałego! miał swój staw, w którym pływały sobie rybki piękne, aleje obsadzone kwiatami (klomby). Tak, że on miał tutej życie nadzwyczajne, nadzwyczajne bym powiedział. (Pan Henryk się zamyślił). Opiekował się tym wszystkim ogrodnik (Pan Henryk podaje nazwisko ogrodnika - Konstanty Malinowski), który te wszystkie miejsca musiał co rano przegrabić, nawet podlać jeśli było sucho.
Tak, że było coś wspaniałego, naprawdę do spacerów i posiedzenia sobie nad stawem... Piękny staw, który był no bym powiedział nie taki duży, ale w każdym bądź razie, miał piękny wygląd w długości swej i szerokości by można było tam sobie spacerować. Wokół tego stawu, miał taki piękny lasek. W tym lesie przeważnie istniały drzewa, które wyrastały bardzo wysoko. To były klony, świerki i modrzewia - ze cztery takie piękne już stare! (Pan Henryk wzdycha). Wyglądało to wspaniale.
Dwór od strony stawu
Największym dramatem dla Pana Turskiego to było opuszczenie swojego majątku. Po wejściu Niemców, musiał w niedługim czasie opuścić pałac i ten dobrobyt w którym siedział. Przeszedł niedaleko od swego majątku, ponieważ znalazł mieszkanie sobie u następnego dziedzica się mówi. Bo tak było, że majątek, do którego tam wszedł później nazywały się Łagiewniki. Tam pod lasem stał domek (Pan Henryk z żoną mówi, że stoi do dziś), który był przez nikogo nie zajęty; a Turski właśnie tam swoje mieszkanie po opuszczeniu swojego majątku znalazł.
Tam żył bardzo już źle. Bo muszę powiedzieć, że miał dramat. To byli już ludzie bardzo starzy. Trzeba było tam naprawdę już o wszystko się starać, czy nawet do tego życia (...). Miał dramat. No i tam pożył nie tak długo i zmarł... Turscy umarli w 1942-43 roku (?), już nie pamiętamy doskonale, ale w każdym bądź razie te lata zakończyły ich żywot.
Do tego pałacu sprowadzili się niemieccy dyrektorzy, którzy zaczęli te ziemie tutaj obrabiać i rządzić na tej ziemi. Musieli pracować na tym też ludzie. I było ich tutej, tych dyrektorów - zmieniali się często chyba ze czterech jeśli bym nie zapomniał. Znam ich kilku. To jest był dyrektor; on się nazywał Herner (w tym momencie Pan Henryk z żoną nie mogą sobie przypomnieć pozostałych nazwisk).

Mówiłem o czterech, ale między innymi był taki z tych dyrektorów, który był bardzo niedobry dla nas Polaków.
Mojego kolegę kiedyś tak wybił, że naprawdę, aż mi było szkoda (pan Henryk podaje nazwisko kolegi - Władysław Dzierbiński oraz Jan Domiński - pobici). Bo ten człowiek pracował dla niego, a on potrafił go tak stłuc taką grubą laską, która naprawdę mu pokazała na jego grzbiecie wszystkie tam kalectwa. To byli ludzie nie wszyscy tacy, inni dyrektorzy to nawet powiedzieli: "urżnij sąsiadowi buzię, czyli język żeby nie wypaplał, a ty jeśli masz co jeść, to zabij soję świniaka". Tak mówili. Tak mówili niektórzy.
A inni byli bardzo źli dla nas.
Urodziłem się na tym majątku. Bawiłem się z dziećmi tych dziedziców, często tam u nich bywałem. Później, gdy dorastałem poszedłem tam do pracy - mając lat 16 już zacząłem tam pracę w tym majątku.
Ci dziedzice przyjmowali nawet takie dzieci jak ja. Te lata to człowiek powinien się uczyć, a nie pracować, a niestety było tak, że trzeba było iść i pracować. (...)
Wspomniałem o 16 latach cośmy robili. No praca nasza polegała na tym przeważnie - tacy młodzi ludzie to prowadzali konie, gdzie redła redliły ziemniaki i buraki. Trzeba było iść wtedy i prowadzać, bo konie jednak musiały iść redlinkami równo, żeby nie wchodziły na te dane rośliny.
I taka była moja praca u dziedzica w Borowicach.

Państwo Genowefa i Henryk Tobiaszowie przed domem

Opowiadał Henryk Tobiasz - ur. w 1923 roku
Opowieści wysłuchał, wstępem opatrzył - Sławko Gajewski

[1] Tadeusz Konwicki - "Kalendarz i klepsydra"