Spacer na powitanie wiosny

jezioroGórznieńskie

Autor: 

Zbyszekg9, Majsterek

Czy istnieje jakiś lepszy sposób powitania wiosny dla miłośników turystyki, niż spacer? Nie wyobrażam sobie. Zebrała się zatem czteroosobowa grupka w składzie: Arek, Julek, Piotrek i Zbyszek, aby zapuścić się w najbardziej na północ odległe rejony rodzimej diecezji płockiej. Wyznacznikiem tejże wyprawy stało się odnalezienie miejsc pamięci związanych z II wojną światową, których na tym terenie nie brakuje, śladów kolonistów niemieckich w postaci opuszczonych cmentarzy oraz sprawdzenie, jak wygląda rezerwat „Mszar Płociczno” w atmosferze budzącej się do życia po zimowym okresie przyrody. Ale żeby nie było tak poważnie, głównym celem była dobra zabawa w dobrym towarzystwie podczas niekrótkiego w sumie spaceru. 
Głównym zmartwieniem w tygodniu poprzedzającym nasz spacer były dość niekorzystne prognozy pogody (zapowiadano zimno, deszcz ze śniegiem), ale im bardziej zbliżał się termin wyprawy, tym mniejszą uwagę zwracaliśmy na prognozy, a bardziej skupiliśmy się na zamysłach dotyczących samego szlaku. Wielowariantowość zaplanowanej przez Piotrka trasy pozwalała na jej dowolne kształtowanie, a i tak rządził w pewnym sensie spontan, co pozwoliło nam dotrzeć do kilku miejsc, których w planie nie było. 

Po półtoragodzinnej podróży dojechaliśmy do naszego punktu wypadowego, jakim stała się wieś Płociczno. I już w punkcie „0”, wyruszając spod leśniczówki, nastąpiła pierwsza zmiana planów. Wczesna pora (godz. 6.00) dawała nadzieję na ciekawe obserwacje w torfowiskowo-leśnym rezerwacie przyrody. Główną atrakcją rezerwatu jest zanikające jeziorko, które jednak przesiąka przez zarastający pokład torfu, co skutecznie odstraszyło nas przed próbą wejścia zbyt daleko.
Prognozy pogody nie sprawdziły się zupełnie. Dość wysoka, jak na tę porę roku, temperatura i przebijające się przez gałęzie wysokich drzew słońce sprzyjały spacerowi. W międzyczasie sokole oczy Arka wypatrywały bez większego trudu skrytki geocachingowe, oczywiście beż żadnych namiarów gps (ten to ma wzrok!). Długa, szeroka, utwardzona droga gruntowa, doskonała do jazdy rowerem, doprowadziła nas do wsi o nazwie Wierzchownia. Po wyjściu z lasu rzuciła się w oczy zmiana krajobrazu, czyli urozmaicona rzeźba terenu z licznymi wzniesieniami i obniżeniami, często tworzącymi swoistego rodzaju łańcuchy (to z terminologii górskiej), morenowe wzniesienia, ale naukowe podejście do tematu pozostawiam fachowcowi w tej dziedzinie - Piotrowi. 

Kolejny etap trasy, prowadzący wijącą się pomiędzy wzniesieniami drogą (otoczenie jako żywo przypominające choćby dolne partie Beskidu Małego) to już poszukiwanie konkretnych miejsc związanych z tragicznymi losami narodu polskiego w czasie II wojny światowej. Pierwsze z nich to miejsce pogrzebania ofiar egzekucji z 20 stycznia 1942 roku. Fundatorem stojącego w tym miejscu pomnika była Rada Gminy Świedziebnia w 2011 roku. Nie minęło 10 minut, jak napotkaliśmy na swojej drodze kolejne miejsce egzekucji, tym razem symbolizujące mogiłę, a dotyczące wydarzenia z 1 października 1944 roku. Po kolejnych kilku minutach spaceru wypatrzyliśmy następny punkt (tym razem zaskoczenie, bo nie mieliśmy na niego namiaru). Jest on powiązany również z datą 20 stycznia 1942 roku i dotyczy tego samego wydarzenia. Tym razem jest to miejsce egzekucji Polaków, którzy zostali pogrzebani tam, gdzie byliśmy wcześniej. To naprawdę godne upamiętnienie ich męczeńskiej śmierci. Na skraju lasu dało sie zauważyć przebijającą się między drzewami taflę malowniczego Jeziora Księte. Każdą taką okazję wykorzystywaliśmy do zrobienia ciekawych zdjęć, niektórzy aby uchwycić ujęcie idealne, czynili to z narażeniem życia. Chwilę dalej naszym oczom ukazało się nienaturalne wzniesienie o stromych zboczach. „Jak nic, grodzisko” - przekonywaliśmy samych siebie. A zatem nie pozostało nam nic innego, jak stanąć na jego górnym poziomie i sprawdzić, czy ta teza znajdzie swoje uzasadnienie. Jednoznacznie stwierdziliśmy o własnej racji, a potwierdzeniem słuszności naszych przypuszczeń był drogowskaz stojący dalej, już na skraju wsi Księte, wskazujący drogę zarówno do grodziska, jak i wcześniej napotkanych miejsc związanych z drugowojennymi dramatami.

Księte osiągnęliśmy po dwunastu kilometrach marszu. Nadszedł więc czas na pierwszy posiłek, częściowo zakupiony w miejscowym sklepie otwartym od godz. 7 do... zmierzchu. Mieszkańcy wsi, których spotkaliśmy, odnosili się do nas z życzliwością, chętnie udzielając odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Dało się zauważyć ich zaangażowanie w dbałość o miejscową, lokalną tradycję i pamięć. O samej wsi warto napisać, jako o uporządkowanej, z ciekawą historią i kilkoma obiektami, o których warto wspomnieć: miejsce, w którym dawnej stał młyn, przyozdobione młyńskimi kamieniami, przekształcony dawny dwór otoczony parkiem z zachowanymi alejami oraz drewniany kościół pw. św. Michała Archanioła, datowany na XVIII wiek- niestety podczas naszej wizyty zamknięty.

Kolejny etap naszej wędrówki wiązał się z przecięciem linii wysokich pagórków, ciągnących się równoleżnikowo między Górznem i Księtem. Są to wyraźne na tle przylegającej krainy wynieniesienia, dające się odnaleźć na mapie geomorfologicznej jako wzgórza moreny czołowej. Co to oznacza? Otóż pasmo takich pagórków, wyznacza granicę terenu objętego lodową czaszą w jednym z etapów ostatniego zlodowacenia. Tzw moreny górznieńskie ciągną się dalej w kierunku Lipna, otoczone mnogością jeziornych rynien, pagórków i innych ciekawostek, stanowiąc jedynie przepustkę do krainy polskich pojezierzy. Co ciekawe, a dla nas jeszcze bardziej znaczące, wody roztopowe z wspomnianego stadiału spływały jeszcze głównie do rodzących się dolin Skrwy i Wkry, sypiąc przy tej okazji sandr dobrzyński (sandr Skrwy) oraz w znacznej mierze kurpiowski, znany nam dziś jako cały ten północnomazowiecki piasek. Krajobraz jaki ukazuje się po przekroczeniu owej linii pagórków rysuje się jako falista równina, lekko pochylona na północ w kierunku doliny Drwęcy.
Szliśmy więc podziwiając wszystko, co wczesnowiosenna przyroda chciała nam tego słonecznego dnia pokazać. Odsłonięty horyzont pozwala zmierzyć wzrokiem wszelkie łagodne rysy krajobrazu, delikatnie wymalowane przez bystre słońce. Gdzieniegdzie mijaliśmy wodne oczko w dolince porośniętej szuwarami, innym razem kapliczkę osłoniętą wiekowymi kasztanowcami. Przyroda niewyraźnie budzi się do życia, zmęczona trwałą suszą. Da się to obserwować w tumanach kurzu wzbijanego przez maszyny używane w uprawie pól oraz w obniżonym poziomie wody w mijanych zbiornikach. W miejscowości o znajomo brzmiącej nazwie Szczutowo, oraz w Gołkowie dopatrzeć się można reliktów dawnej drewnianej zabudowy. Wsie tutejsze zwracają uwagę rozproszeniem siedzib, co przyczynia się do wrażenia porządku. Rozsiane pośród pagórków domostwa są najwyraźniej zmorą dla listonoszy. To pewnie ze względu na nich, przy zjeździe z głównej drogi ustawiono schematy dojazdu do poszczególnych siedlisk, z przypisanymi im numerami. Rozwiązanie ciekawe, myślę że sprawdziłoby się również na Mazowszu.

jez. Młyńskie pod GórznemNasz szlak wiódł kulminacyjnym wzniesieniem do samego Górzna, którego nazwa już teraz na pewno nie wydaje się przypadkowa. Miasteczko położone jest faktycznie na wyniesieniu morenowego łańcucha, malowniczo opadającego ku rynnie jezior: Górznieńskiego i Młyńskiego. Charakter zabudowy, wąskie uliczki i różnice poziomów które trzeba pokonywać poruszając się po miejsowości sprawiają że ma ona właściwy tylko sobie, może nawet nieco górski klimat. Odwiedziliśmy kilka obiektów związanych z historią miejscowości. Na początek cmentarz, a właściwie cmentarze. Bo jak dowiedzieliśmy się z rozmowy ze starszym mieszkańcem Górzna był tam również Kirkut. Poza tym, dostrzec można pozostałości pochówków właściwych dla ewangelików. Ten fakt łączy się z istnieniem w Górznie przebudowanego bądź co bądź dawnego ewangelickiego kościoła. Będąc na cmentarzu, moją uwagę przykuł nietypowy jak na cmentarz, żeliwny krzyż. Przypuszczenia co do pochodzenia symbolu z wierzy kościoła potwierdził wspomniany wcześniej rozmówca. Poza tym, zatrzymaliśmy się przy kwaterze poświęconej ofiarom niemieckich zbrodni z okresu II wojny światowej. Kolejnym punktem odwiedzonym w Górznie, był ewangelicki kościół - przebudowana od zewnątrz, kompletna awangarda, a poza tym, w środku zupełna ruina.

Pełna relacja na forum.

Trasa na mapie