Tajemnice lasu brwileńskiego cz.I

Las brwileński wiosną zielony i pełen życia, jesienią smutny i ponury... stał się ostoją nie tylko zwierzyny, ale także historii, która wraz z jego korzeniami wrosła w miejscową społeczność przekazującą owe legendy z pokolenia na pokolenie.
Przypuszczalnie pierwsze zasadzenia powstały na początku XVIII wieku, pierwsze usytuowanie na mapach jakie znalazłem pochodzi z 1784 roku. W okresie swojej świetności był o wiele większy i pokrywał teren dzisiejszych wsi Maszewo, Mańkowo, Biała Nowa, aż do miejscowości Biała oraz dzisiejszą dzielnicę Płocka - Winiary. Największe spustoszenie w drzewostanie wyrządzili Niemcy podczas pierwszej wojny światowej. Większość wiekowych dębów została wycięta i spławiona Wisłą do Bałtyku, a dalej do Niemiec. Po starym lesie pozostała jedynie mała część nazwana Rezerwatem Brwilno, wchodząca w skład Brudzeńskiego Parku Krajobrazowego.
Brwileński las to nie tylko rzadka i piękna fauna i flora. To również historia smutna, przepełniona bólem i cierpieniem - historia ludzi tej ziemi. Zacznijmy jednak od początku.

Rodzeństwo Gockowskich.

Jest mroźna zima 1880 roku. Zaspy pokryły szczelnie wszystkie drogi odgradzając mieszkańców od świata zewnętrznego. Maszewo oraz okoliczne wsie pogrążone są w strasznej chorobie zakaźnej jaką jest cholera. Na skraju lasu mieszka rodzina, której dzieci chorują i niestety umierają. Rodzice postanawiają pochować je w pobliskim lesie. Wiosną 2008 roku całkiem przypadkiem usłyszałem tą smutną historię od starszej pani która, znała ją z opowieści swoich rodziców. Z relacji wnioskuję, gdzie znajduje się to miejsce i zaznaczam je na mapie. Rok później w porze letniej całą historię opowiedziałem swoim kolegom, z którymi postanowiliśmy zrobić mały rekonesans. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy odnaleźliśmy żeliwny krzyż z tablicą i napisem "Tosia Gockowska ur. 10 września 1880 roku, zmarła 10 stycznia 1883 roku". Niestety grobu nie znaleźliśmy. W ostatnim czasie, dzięki mojemu kuzynowi otrzymałem kilka ciekawych wskazówek, co do miejsca pochówku dzieci i zapewne wiosną przyszłego roku powrócimy w to miejsce.

Śmierć studentów

Kolejną historię opowiedział mi Pan Kazik oraz Pan Mirek; mieszkańcy Maszewa. Miała ona miejsce na początku II Wojny Światowej. Od ponad wieku Maszewo zamieszkiwali prawie w całości koloniści niemieccy. Nie wyróżniali się niczym od ludności Polskiej. Nosili podobne stroje, mówili poprawną polszczyzną. Pewnego dnia w wiosce pokazało się dwóch młodych ludzi; uciekinierów z obozu. Przedstawiali się jako studenci z Łodzi. Nie mając pojęcia, że znajdują się w niemieckiej wsi, chodzili od domostwa do domostwa prosząc o pomoc. Późnym wieczorem ktoś się nad nimi "ulitował". Był to stary Niemiec, który obiecał im pomoc. Niestety "przyjazny gospodarz" okazał się faszystą. Nakarmił uciekinierów, a następnie powiedział, że w lesie jest szałas i tam mogą przenocować. Wyprowadził studentów do zagajnika, następnie bestialsko zamordował, nawet ciał nie grzebiąc. Rano mieszkaniec wsi (jeden z niewielu Polaków w okolicy) pochował ich w miejscu śmierci. Kiedy wojna się kończyła, rodzina zbrodniarza wyprowadziła się wraz z uciekającymi oddziałami niemieckimi. Ślad za nimi zaginął, aż do... kilka lat temu pojawił się samochód na niemieckich numerach rejestracyjnych. Okazało się, że swoich korzeni poszukiwała córka zabójcy; wtedy kilkuletnia dziewczynka. Pytała o ojca, o swój dom (stoi do dziś). Starzec wysłuchał wspomnień kobiety, jednakże sam nie miał sumienia opowiedzieć kobiecie całą historię życia jej ojca na tym terenie. Zataił zbrodnię dokonaną przed laty.

Gede i jego Młyn.

Wieś Biskupice koło Płocka leży pomiędzy rozlewiskiem rzeki Skrwy i Wisły, a Rezerwatem Brwilno. Na rozlewisku Skrwy przy ujściu do Wisły stał Młyn Wodny. Młyn był nieodzowną częścią tego krajobrazu od stuleci. Od końca XIX wieku, właścicielem był Niemiec Edward Gede, który był bardzo obrotnym i mądrym przedsiębiorcą. Mimo, że z pochodzenia był Niemcem, bardzo szybko się zasymilował w polskiej rzeczywistości.
Z opowieści cioci oraz ludzi, którzy go znali usłyszałem, że podczas wojny, ukrywał wielu Polaków przed Gestapo. Paradoksem ówczesnego okresu było to, że pewien sołtys okolicznej wsi donosił na swoich rodaków a młynarz, który był Niemcem ukrywał Polaków przed swoimi ziomkami. Z opowieści jednego z pracowników (który nadal żyje) wynika, że był to bardzo duży młyn, który poza swoim pierwotnym przeznaczeniem, produkował jeszcze energię elektryczną przesyłaną do płockiej mydlarni. U schyłku wojny Gede uciekł jak większość kolonistów przed Armią Czerwoną. Jednakże po kilku miesiącach pojawił się z powrotem, wierząc, że odzyska swój młyn. Niestety obiekt przejął już Skarb Państwa. Młynarz pozostał bez domu oraz środków do życia. Błąkał się po okolicy oczekując, że któryś z Polaków, dla których tyle zrobił, wyciągnie do niego dłoń. W końcu przygarnęła go rodzina, u której został parobkiem. Gede niestety niedługo potem zmarł. Ludzie mówią, że z tęsknoty za młynem oraz z żalu, że tak został potraktowany przez ludzi, którym tyle pomógł.
Przez wiele lat szukałem jakiś zdjęć lub obrazów pokazujących wygląd młyna, lecz bezskutecznie. Na tablicy informacyjnej opisującej to miejsce (tablica stoi przy betonowym moście przy zakręcie do Ośrodka w Cierszewie) widnieje zapis o tym, że Gede tuż po wybuchu wojny wstąpił do jednostek Wermachtu i walczył przeciwko Polakom i innym narodom. Informacja ta jest nieprawdziwa, młyn działał pod rządami Gedego do początku 1945.

ciąg dalszy nastąpi...