Tajemnice lasu brwileńskiego cz. II - Z opowieści cioci Irci.

Autor: 

Uboot

Rodzina mojej żony osiedliła się na tym terenie w 1899 roku i mieszka w tym samym miejscu do dziś. Przez ponad wiek rodzina się rozrosła; niemniej jednak historia jest pielęgnowana i przekazywana dalszym pokoleniom. Jedną z takich rodzinnych skarbnic mądrości jest ciocia Ircia. Starsza Pani o niesamowitej pamięci oraz wspaniałym sercu, która zapamiętane historie przekazuje nam - młodszym pokoleniom. Wszystkie poniżej zawarte historie zostały napisane na podstawie jej wspomnień.

Tajemnicze skrzynie i oficerowie Wehrmachtu.

Styczeń 1945 roku. Późny wieczór, w domu cioci ukryło się kilkunastu mieszkańców okolicznych wsi wraz z dziećmi. Słychać ryk silników, pod domem zatrzymuje się kilka samochodów. Nikt nie wie, co się dzieje. Po chwili do domu wchodzą Niemcy, uzbrojeni żołnierze Wehrmachtu, z przewieszonymi granatami (tłuczkami) przez pas. Na widok mieszkańców stłoczonych w izbie oraz płaczących dzieci, dowódca Niemców woła gospodarza (ojca cioci) i pyta się o drugą izbę. Wuj zaprowadził Niemców do innego pokoju, rozkłada na podłodze siano i rozpala ogień w piecu. Niemcy kładą się spać. Są kompletnie pijani. Wuj bojąc się, że mogą wysadzić przypadkowo dom, zostaje z nimi mówiąc, że będzie pilnował ognia. Wczesnym rankiem, oficer ogłasza wyjazd. Wszyscy żołnierze wychodzą z domu.

Okazuje się, że jeden z samochodów nie chce odpalić, w oddali słychać strzały nachodzącej Armii Czerwonej. Zaczynają się krzyki, nerwowe bieganie. Oficer wydaje rozkaz, pozostawienia pojazdu z ładunkiem; reszta konwoju odjeżdża w stronę Lipna. Gospodarz podchodzi do ciężarówki i na pace widzi skrzynie. Bojąc się, że Niemcy po nie wrócą nie zagląda do środka. Koło południa we wsi pojawiają się Rosjanie; mieszkańcy natychmiast opowiadają całą historię z minionego dnia. Czerwonoarmista zagląda do skrzyń i wydaje polecenie rozstawienia wart. Po kilku dniach zapada decyzja o wysadzeniu skrzyń na skraju lasu (do dziś jest tam lej). Podmuch eksplozji powybijał w okolicznych domach szyby, a odłamki amunicji powbijały się w ściany. Reszta zostaje zakopana w innym miejscu. Co było w tych skrzyniach? Być może broń i sprzęt niemiecki.

Tajemnicza śmierć leśniczego.

Zaraz po wkroczeniu wojsk hitlerowskich do Polski większość polskich urzędników państwowych została zastąpiona przez Niemców. Tak również było z leśniczym lasu Brwilno. Na urząd przybył leśnik z Niemiec, który zamieszkał w leśniczówce, a jego poprzednik zamieszkał w gajówce i pełnił obowiązki zastępcy. Aby oddać całą sytuację wróćmy do okresu przedwojennego. Urząd leśniczego sprawował człowiek od pokoleń związany z lasem. Był to człowiek, bardzo stanowczy, bardzo skrupulatnie przestrzegający przepisów. W tym okresie większość okolicznych wsi - Maszewo Duże, Powsino, Chełpowo, Biała Nowa - zamieszkana była przez kolonistów niemieckich, do których ów leśniczy był (delikatnie mówiąc) sceptycznie nastawiony. Często przejawiał również stanowczość wobec Polaków. Pewnego dnia, w lesie rozległy się strzały. Mieszkańcy byli przerażeni, że znów zaczynają się egzekucje. Po pewnym czasie ktoś przybiegł z lasu mówiąc, że leśniczy nie żyje. Na miejsce przybyli niemieccy żandarmi z Białej, którzy skontaktowali się z dowódcą garnizonu i otrzymali odpowiedź, iż nie prowadzą żadnych działań w tym miejscu. Komendant posterunku poinformował sołtysa, że on w lokalne porachunki nie zamierza się mieszać; nakazał wrzucić ciało na wóz i pochować na pobliskim cmentarzu. Zgodnie z poleceniem leśniczy został pochowany, jednakże ciało zostało wrzucone bez trumny prosto do wykopanego w pośpiechu dołu.
Do dnia dzisiejszego, krąży kilka teorii na ten temat. Wspomina się zarówno Płocczan jak i niemieckich kolonistów, którzy dokonali zemsty za wieloletnie waśnie. Mówi się także o tym, że leśniczy działał w konspiracji, a także o tym, że nie przymykał oczu na "szmugiel" drewna podczas wojny.

Hadziaje.

Koniec wojny, do domu cioci na koniu przyjeżdża młody, przystojny czerwonoarmista. Jest zwiadowcą, którego zadaniem jest sprawdzenie pozycji wojsk niemieckich. Żołnierz zsiada z konia wbiega z pepeszą do domu i pyta o Niemców. Wuj odpowiada, że Niemcy uciekli i we wsi już ich nie ma. Sowiet, prosi o miskę z wodą by się umyć, a następnie zwraca się do gospodarza o kawałek chleba. W trakcie kiedy Rosjanin jadł do izby wbiega sąsiad z informacją, że nieopodal jego domu, w kępie drzew, schowali się Hadziaje (mieszkańcy tak nazywali Ukraińców walczących po stronie Niemców). Żołnierz chwycił pepeszę i spytał: - Ilu ich jest? Czy mają broń? W odpowiedzi usłyszał, że jest ich dwóch lub trzech, ale nie wiadomo czy są uzbrojeni. Czerwonoarmista, wskoczył na konia i odjeżdżając krzyknął: - Ja ich ubijot! Po kilku minutach w okolicznej kępie rozległy się strzały z karabinu. Kiedy mieszkańcy przyszli na miejsce strzelaniny znaleźli ciała zabitych Ukraińców. Żołnierz radziecki polecił, aby mieszkańcy ich pochowali, a sam wsiadł na konia i odjechał.
Od pewnego czasu staram się odnaleźć te groby, jednak jak na razie bezskutecznie...

Ciąg dalszy nastąpi...