Płock, 147 rocznica Powstania Styczniowego 1863r.

Autor: 

kwis

22 stycznia 1863 roku oddział Koźlaninowa zauważył płockich uczniów pod dowództwem Święcickiego kierującego się w stronę lasu pod Ciółkowem. Uczniowie spostrzegłszy oddział rosyjski, szybko zmienili kierunek marszu, więc Koźlaninow wysłał za nimi pogoń 10 kozaków, drugich 10 skierował do Ciółkowa, a piechotę poprowadził w stronę Staroźreb. Tymczasem uczniowie płoccy, trzymając w szachu kozaków strzałami z czterech dubeltówek, oderwali się od nich i ukryli w pobliskim lasku, a potem w zabudowaniach sąsiedniego folwarku.Koźlaninow nie dotarł do Staroźreb. Na swej drodze spotkał oddział majora kawalwerii, wykładowcę w polskiej szkole wojskowej we Włoszech Aleksandra Rogalińskiego (1833 - 1896) Rogaliński widząc przewagę oddziału cofnął się do lasu pod Ciółkowem i tam się zatrzymał. Rosjanie myśląc, że Polacy poddają się, podeszli bardzo blisko.Rogaliński wystrzelił raniąc dowódcę oddziału rosyjskiego Koźlaninowa, który spadł z konia. W trakcie krótkiej bitwy zginął pułkownik Koźlaninow i43 żołnierzy, rannych zostało 17 żołnierzy.Zdobyto 40 karabinów. Polacy mieli tylko trzech rannych lekko żołnierzy i ciężko rannego Rogalińskiego, który w zaistniałej sytuacji wycofał się 12 km w kierunku Płocka. Pozbawieni dowódcy, który w wyniku ran musiał oddział opuścić, zwycięzcy spod Ciółkowa zostali rozbici przez oddział kapitana Stefanowskiego.Chmury stoją wyjątkowo nisko, jest ciemno. O dziewiątej policjant Munkierski zauważa na dziedzińcu pałacu pobiskupiego grupę mężczyzn bez obowiązkowych latarek. W ciemnościach podsłuchuje ich ciche rozmowy: szturm powstańców zacznie się o północy. Natychmiast donosi o tym Mengenowi. Wojsko aresztuje spiskowców w pałacu.Chwilę później zrywa się potężna ulewa. Mija północ, patrole co rusz aresztują przechodniów bez latarek. Wielu ma broń. Zgodnie z planem o 1 w nocy bije kościelny dzwon. Ale spiskowcy, przerażeni aresztowaniami i godziną policyjną, nie pojawiają się na ulicach. Po kwadransie biją dzwony w innych kościołach i na mieście wreszcie zaczyna się ruch. Mężczyźni biegają, pukają do bram, krzyczą: - Panowie, do broni! Do broni!Głos dzwonów niesie się daleko i Bończa, czekający wieści pod Płockiem sam jeden na białym koniu rusza, by się rozeznać w sytuacji. Wjeżdża do miasta. Rozpaczliwie miota się w ciemnościach na tym białym koniu, gdy wreszcie zjawia się konspiracyjny komendant Płocka Marian Zegrzda, a razem z nim oddział złożony z kleryków miejscowego seminarium. Ruszają pod ratusz. Wtem z domu naprzeciwko odwachu ktoś strzela z dubeltówki i zabija wartownika. Z odwachu wybiega rosyjska straż pod dowództwem pułkownika Poźniaka i otwiera ogień do powstańców. W ciemnościach strzały chybiają. Poźniak odpala rakietę, która sypiąc skrami wzlatuje i wybucha. Powstańcy, nieotrzaskani z ogniem, rzucają się do ucieczki.Bończa w ciemnościach zbiera ludzi, czeka na wsparcie innych oddziałów. Ale one się nie stawiają, bez walki błąkają się po nocy nad Wisłą lub nie mogą dotrzeć do Płocka. Nadzieja w oddziale Kowalewskiego. Na nieszczęście jedna z rakiet ciągle wystrzeliwanych przez Poźniaka przypadkowo spada pomiędzy szeregi Kowalewskiego. Powstańcy wpadają w popłoch i rozbiegają się we wszystkie strony. Nad ranem Rosjanie chwytają Kowalewskiego.Zwycięzcy rozpalają wielkie ogniska na ulicach. Z miasta nie ucieknie teraz nawet mysz. O świcie sołdaci wyłamują drzwi do domów. Zaczynają się areszty, rewizje. Po obfitych śladach krwi odszukują ciężko rannego Zegrzdę, ale ten w ostatniej chwili strzela sobie w skroń. Po południu miasto zamiera.