Grupa Kampinos

Autor: 

Ezy,Ryder

Początki konspiracji w Kampinosie rozpoczęły się już po klęsce Kampanii Wrześniowej. Mieszkańcy puszczańskich wsi byli świadkami nierównej walki polskich żołnierzy z niemieckim okupantem. Resztki rozbitych pod Bzurą wojsk przedzierały się przez puszczę, by stanąć w obronie Warszawy. Wielu jednak nie dotarło, częste niemieckie zasadzki oraz lotnictwo dziesiątkowały - i tak już rozbite - oddziały.

Jednym z wartych uwagi epizodów tych dni była szarża Ułanów Jazłowieckich pod Wólką Węglową, którą tak oto opisał korespondent wojenny:

"Nagle bohaterski zespół kawalerzystów w sile około paruset koni wyłonił się w galopie z zarośli. Nacierali oni, mając w środku rozwinięty sztandar... Wszystkie niemieckie karabiny maszynowe umilkły, a tylko działa strzelały. Ich ogień stworzył zaporę ogniową na przestrzeni 300 metrów przed liniami niemieckimi. Polscy kawalerzyści nacierali całym pędem, jak na średniowiecznych obrazach! Na czele wszystkich galopował dowódca z podniesioną szablą. Widać było, jak malała odległość pomiędzy grupą polskich kawalerzystów, a ścianą niemieckiego ognia. Szaleństwem było kontynuować tę szarżę na spotkanie śmierci. A jednak Polacy przeszli".

Po klęsce polskiej armii w 1939 roku wielu żołnierzy uszło z niewoli i wróciło do domów jako cywile. To oni dali początek konspiracji. Zaczęło się od poszukiwania broni. Polscy żołnierze w obliczu kapitulacji ukrywali broń, żeby nie dostała się w ręce wroga oraz by mogła służyć w bardziej dogodnych czasach. Tak więc szukano broni po lasach, rowach melioracyjnych, a nawet jeziorach i stawach. Każdy znaleziony karabin wywoływał radość. Rozbrajano też niekiedy niemieckich żołnierzy, ale to było bardzo niebezpieczne. Zbierano też materiał wybuchowy ze zbombardowanych magazynów pod Palmirami. W takiej akcji poległ pierwszy powstaniec Józef Niegodzisz ps. "Józef II". Ubezpieczał on furmankę wiozącą trotyl do Izabelina, jechał rowerem ok. 100 metrów przed furmanką i miał przy sobie ukrytą broń. Już w Izabelinie, kiedy wydawało się, że wszystko poszło dobrze, zjawił się patrol żandarmerii. Aby osłonić transport, "Józef II" rzucił się do ucieczki w las, ciągnąc za sobą żandarmów, niestety dosięgła go seria z automatu. Transport dotarł bezpiecznie. Ciało "Józefa II" żandarmi zmasakrowali i wrzucili do studni. Pod osłoną nocy koledzy z oddziału wydobyli ciało i pochowali na cmentarzu wojskowym w Laskach. Był to pierwszy partyzancki pogrzeb.

W tym początkowym okresie działania organizacja konspiracji ograniczała się do kilkunastoosobowych grup, których członkowie skrzykiwali się na akcje i pobierali broń z ukrytego magazynu.
Akcje miały charakter dywersyjny. Zajmowano się też likwidowaniem donosicieli czy publiczną chłostą volksów (jak potocznie nazywano nie tylko Polaków, którzy podpisali volkslistę, ale także niemieckich osadników), zwłaszcza tych zbyt mocno dających się we znaki miejscowej ludności. Nie było to łatwe. Trzeba wiedzieć, że w tym czasie Niemcy traktowali te tereny jako swoje. Żandarmeria niemiecka miała posterunki w każdej gminie i dysponowała bronią automatyczną, ponadto w wielu wsiach roiło się od volksów. Mieli oni pozwolenie na długą broń i w razie zagrożenia organizowali się na kształt milicji.

Granica Generalnej Guberni przebiegała na północno-zachodnim brzegu puszczy, wiele miejscowości w tamtych okolicach było osadzonych przez Niemców. Pamiątką z tych czasów są nazwy miejscowości - przykładowo dziś mamy Dziekanów Polski i Dziekanów Leśny, wtedy ten Leśny nazywał się Dziekanów Niemiecki.

Tak więc pierwsze zbrojne akcje były bardzo niebezpieczne, gdyż trzeba było nieraz przejść wiele kilometrów pod osłoną nocy (obowiązywała godzina policyjna) i niejednokrotnie powrót odbywał się już o brzasku, zatem zabierano głównie krótką broń, gdyż karabinu nie dało się ukryć pod kurtką. O odwadze tych ludzi świadczy najlepiej fakt, który miał miejsce podczas próby zniszczenia mleczarni w Dziekanowie Niemieckim, gdzie odbierano okolicznym chłopom mleko. Niewielki oddział wyruszył na akcję, niestety pierwsza grupa, która wyszła już z lasu, na wysokości Dziekanowa natknęła się na Niemców. Zastrzelono jednego z Niemców, jednak pozostali podnieśli alarm i grupa volksów ruszyła w pościg. Do lasu było za daleko, a w otwartym polu broń krótka przeciw długiej była bez szans. Jeden z partyzantów ps. "Kot" odłączył się od grupy i ostrzeliwując się, ściągnął pościg na siebie. Jego koledzy uszli z życiem, ale otoczony "Kot" ostatnią kulę przeznaczył dla siebie...

Kolejne miesiące były coraz trudniejsze. W szeregach partyzantów pojawili się zdrajcy, rozpoczęły się aresztowania.

W niedalekim Zaborowie znajdował się posterunek Gestapo, ten kto tam trafił, żywy nie wracał... Zdrajca Antoni Zych doprowadził gestapo do domu dowódcy plutonu "Dęba II", znajdował się tam skład broni. Plutonowego w domu nie było, więc Niemcy pobili jego siostrę i matkę, a że nie dowiedzieli się niczego, matkę "Dęba II"- Jadwigę Sznajder spalono żywcem w domu, a siostrę Helenę ps. "Pokrzywa" zabrali do Zaborowa. Sytuacja stała się bardzo poważna, bo "Pokrzywa" była łączniczką i gdyby sypnęła, rejon znalazłby się w rozsypce. Jednak ta dzielna kobieta nie powiedziała ani słowa, mimo że męczyli ją bardziej od innych. Niemcy bili ją tak długo aż przetrącili jej kręgosłup... Pośmiertnie została odznaczona Krzyżem Walecznych.

Partyzanci tymczasem nieco ogarnęli sytuację. Wykonano wyroki na zdrajcach, niestety Zych postrzelony przedostał się do Zaborowa. Wg relacji świadków, podczas próby likwidacji Zych zastrzelił własną matkę, kiedy ta poszła otworzyć drzwi. Żandarmi jakiś czas jeszcze siali postrach w okolicy, spalono kilka domów z zamkniętymi w środku ludźmi, ale partyzanci, których mogli sypnąć zdrajcy przenieśli się do lasu, gdzie mieszkali w ziemiankach (w dzieciństwie podczas zabaw w lesie jeszcze takowe znajdowałem). Aresztowania trwały jednak nadal. Wpadł też główny magazyn broni w Opaleniu, tam podczas zasadzki zginął kapral Jerzy Zawadzki ps. "Zapora", pozostali: "Zadziora", "Pustelnik" i "Wit" zostali zabrani do Zaborowa, gdzie po kilku dniach powieszono ich na balkonie jednego z domów w Lesznie.

Jednak front ze wschodu zbliżał się coraz szybciej, Niemcy coraz mniej pewnie czuli się w okolicy, a volksi powoli zaczynali się zwijać, widząc, że nic dobrego ich tu nie czeka.

Wiosną 1944 roku oddział "leśnych" był już całkiem spory. Na spotkanie z nimi wyruszyli rowerami dowódca dywersji podporucznik "Macher" oraz żołnierze podziemia: "Pierwotny", "Ezel", "Rydz" i "Dołęga". Kiedy byli już na wylocie z Sierakowa, wpadli w zasadzkę. Grupa przebranych żandarmów uzbrojonych w broń automatyczną otworzyła do nich ogień. Niemcy rozkazali miejscowym położyć poległych w koleinach drogi, tak aby rozjechały ich wozy, po czym pośpiesznie udali się do Zaborowa, bojąc się spotkania z "leśnymi". Poległym urządzono pogrzeb, w którym wzięła udział cała kompania, ciała przewieziono na wozach do pobliskich Lasek na cmentarz i tam pochowano. Nazajutrz żandarmi zjawili się w Sierakowie i gdy dowiedzieli się o pogrzebie, rozkazali wykopać zmarłych i zakopać za murem cmentarza przy drodze. Były to jednak już ostatnie dni bezkarności żandarmów, wkrótce zapłacili za swoje czyny. Zmarłych pochowano ponownie na cmentarzu po wojnie, aby uniknąć już kolejnego bezczeszczenia zwłok.

Tymczasem w Warszawie coraz częściej mówiono o powstaniu, nadchodziły kolejne meldunki o klęskach wojsk niemieckich, a ludzie z nadzieją zaczynali patrzeć w przyszłość.

W przededniu powstania miało miejsce dość dziwne zdarzenie. W Łomiankach pojawił się oddział ok. 1000 żołnierzy w polskich mundurach, z pełnym uzbrojeniem i końmi. Początkowo wzbudzili nieufność, jednak okazało się, że to żołnierze AK z Puszczy Nalibockiej. Tam prowadzili walkę wspólnie z partyzantką radziecką przeciwko Niemcom, jednak od kiedy Rosjanie zaczęli strzelać im w plecy, dogadali się z Niemcami, na zasadzie "my was nie ruszamy, wy nas nie widzicie". Ponieważ po pierwszej konferencji pokojowej w Teheranie los tych terenów był niepewny, udali się w stronę Warszawy, by tu podjąć znów walkę przeciwko hitlerowcom.

Niektórym może wydać się dziwne jak tak duży oddział w polskich mundurach przeszedł pół okupowanej Polski. Trzeba wiedzieć, że wtedy już Niemcy nie byli tak pewnie siebie, na drogach panował chaos gdyż wiele oddziałów wycofywało się z terenów wschodnich. Morale żołnierzy niemieckich nie było wysokie, i nie kwapili się do walki jeśli nie musieli.

Jak przebiegało Powstanie Warszawskie wie każdy, napiszę tylko, że grupa Kampinos dwa razy słała pomoc walczącej Warszawie. Nie zdobyto, ale zniszczono Lotnisko Bielańskie, tak że do końca wojny Niemcy już go nie mogli używać. Przeprowadzono też atak na Dworzec Gdański, gdzie poniesiono ogromne straty. Teren był broniony bunkrami, a partyzanci, o ile dobrze radzili sobie w lesie, o tyle w mieście nie bardzo.

Nie będę opisywał wszystkich walk Grupy Kampinos. Opiszę tylko kilka ciekawostek.
Od wiosny 1944 roku Niemcy bali się już zapuszczać do lasu, a od wybuchu powstania wręcz panicznie. Grupa Kampinos blokowała wszystkie główne drogi przez puszczę, uniemożliwiając wrogowi ewakuację ze stolicy pod osłoną lasu. Przez puszczę przebiegała droga łącząca dwa ważne dla Niemców punkty - Leszno i Modlin. Nie trudno się domyśleć że ta droga stała się dla nich niedostępna.
Tak powstała "Niepodległa Rzeczpospolita Kampinoska" - teren całkowicie wolny od okupacji hitlerowskiej.

Dziś to nawet trudno sobie wyobrazić, jak można było kontrolować tak duży teren bez telefonów, a jednak... Czujki rozmieszczano przy wejściach do puszczy i jeśli zauważono jakiś oddział niemiecki, wciągano go w głąb lasu, gdzie w dogodnym miejscu otaczano i rozbijano. Zdobywano w ten sposób cenną broń. Ciekawostką jest fakt, że wziętych do niewoli Niemców - jeśli byli z Wehrmachtu - rozbrajano i puszczano wolno, w zamian za to Niemcy nie dokonywali masowych mordów na ludności cywilnej poza pewnymi wyjątkami. Jeśli do niewoli trafiali żołnierze SS bądź żandarmi, ci już na zawsze zostawali w puszczy.

Na uwagę zasługuje też to jak zdobywano pożywienie dla ponad 2 000 ludzi i 700 koni. Partyzanci przejmowali niemieckie składy żywności oraz bydło pędzone ze wschodu, w przebraniach niemieckich żandarmów przejmowali też całe konwoje z zaopatrzeniem, które jechały od Sochaczewa. Mobilność grup partyzantów i skuteczność ataków była tak duża, iż Niemcy byli przekonani, że mają do czynienia z 10 000 czy nawet 20 000 ludźmi uzbrojonymi w działa, a nawet czołgi.

Śmiałą akcją była likwidacja oddziału RONA w Truskawiu. Walki z "ronowcami" trwały już kilka dni, wysłano ich tu w celu odcięcia walczącej Warszawy od puszczy. Nocą z 2 na 3-go września niewielki 80-osobowy odział wyposażony w pistolety maszynowe podkradł się do wsi. Nie było to proste, gdyż trzeba było obejść stanowiska ogniowe na otwartym terenie. Jednak udało się to i zaskoczeni kompletnie "ronowcy" masowo ginęli pod ogniem partyzantów. We wsi było kilkuset żołnierzy RONA, w krótkiej walce zginęło ok 250. Podobną wyprawę zorganizowano dzień później na wieś Marianów. Po tych akcjach morale żołnierzy RONA upadło na tyle, że Niemcy musieli ich rozbroić i zamknąć za drutami, a dla ludności cywilnej oznaczało to koniec udręki, gdyż wiadomo, jak kończyły się spotkania z tymi "dżentelmenami" (dość powiedzieć, że ta formacja słynęła z gwałtów i rabunków).
"Ronowcy" była to 4 Dywizja Grenadierów SS (1 ukraińska) 14. Waffen-Grenadier-Division der SS (ukrainische Nr. 1, określana jako Dywizja SS-Galizien). Dzisiejsze źródła historyczne podają, że nie był to oddział RONA a Ukraiński Legion Samoobrony (31. Schutzmannschafts-Bataillon der SD). Nie umiem powiedzieć jak było naprawdę, ale skłaniam się ku pierwszej teorii.

Partyzanci przez cały okres działalności otaczali parasolem ochronnym miejscową ludność. Dzielili się zdobytymi łupami, a jeśli tylko przyszła informacja, że do którejś wsi przybyli Niemcy zabierać krowy, natychmiast wyruszał oddział kawalerii, co dla panów w mundurach koloru feldgrau kończyło się dość niemiło.

Na uwagę zasługują też walki pod wsią Pociecha. Krzyżowały się tam szlaki przez puszczę i dlatego partyzanci utrzymywali to miejsce, a Niemcy próbowali zdobyć. Pociecha była wielokrotnie atakowana, jednak zawsze natarcie było odrzucane. Mimo przewagi liczebnej wroga, broni pancernej i wsparcia lotniczego żołnierze Grupy Kampinos za każdym razem dziesiątkowali nacierające oddziały, a czołgi niszczono za pomocą min i PIAT-ów otrzymanych ze zrzutów.

Jako ciekawostkę wspomnę, że kiedyś koło wsi Pociecha wybuchł wielki pożar, gaszono go kilka dni. Kiedy strażacy lali wodę po mchu i ściółce, ich oczom ukazywały się takie fanty, że saperzy potem przez kilka dni wywozili te pamiątki. Było to jakieś 20 lat temu...

Nadszedł jednak kres tych dni chwały. Niemcy w końcu postanowili ostatecznie załatwić sprawę Grupy Kampinos. Bali się możliwości współpracy partyzantów z Armią Czerwoną, potrzebowali też swobodnej drogi ucieczki przez puszczę.

Rozpoczęto operację pod nazwą "Sternschnuppe" (Spadająca Gwiazda) - powołano w tym celu dwie grupy szturmowe- grupę północ i grupę południe.


W skład grupy północ weszły:
Batalion alarmowy Dywizji "Herman - Göring",
Batalion alarmowy Dywizji "Totenkopf",
Batalion alarmowy Dywizji "Viking",
183 Batalion Ochrony,
Kompania alarmowa Ośrodka Szkolenia,
Kompania alarmowa 73 Dywizji piechoty,
Szturmowy Batalion Pionierów,
743 dywizjon myśliwców ppanc.,
Kompania SS ciężkich czołgów,
Kompania ciężkich granatników,
Zmotoryzowana bateria ciężkich haubic,
6 plutonów lekkiej artylerii plot.

W skład grupy południe weszły:
Dwa bataliony 34 pułku policji,
31 bateria "Schuma",
Batalion Kozaków,
737 Budowlany Batalion Pionierów,
4 pancerne grupy obserwacyjne z 19 dyw. panc.,
Zmotoryzowany batalion lekkich haubic,
6 plutonów plot. dyw. "Herman - Göring",
Kompania czołgów z 19 dyw. pancernej,
23 i 25 batalion karabinów maszynowych.

Jak widać partyzanci nie mieli najmniejszych szans przeciwstawić się takiej sile.

Pod koniec września wzrosła aktywność lotów obserwacyjnych nad puszczą, pojawiły się samoloty obserwacyjne Focke-Wulf Fw 189 ze względu na swój kształt zwane ramą. Nie wróżyło to nic dobrego. Wkrótce rozpoczęły się silne bombardowania obozu powstańców - wsi Wierszy, Brzozówki, Truskawki i Janówka. Natarcie ruszyło, jednak partyzanci bronili się nadal, wierząc, że i tym razem uda się odeprzeć wroga. Po ciężkim dniu walki, kiedy pojawił się ostrzał z ciężkich dział i bombowce, stało się już jasne, że dalszy opór nie ma sensu. Mimo to zniszczono kilka czołgów i zestrzelono samolot, jednak wyczerpani walką żołnierze rozpoczęli opuszczanie swych stanowisk.

Pod osłoną nocy oddziały partyzanckie wyruszyły w kierunku Puszczy Mariańskiej, gdzie była szansa na zgubienie pościgu, nie dane było jednak im tam dojść. Partyzanci poruszali się przez bagna wraz z końmi i wozami taborowymi, kilkakrotnie wymykali się z niemieckiego okrążenia. Podczas tego marszu dochodziło do potyczek, Niemcy opanowali już wszystkie wsie w okolicy. Mimo to partyzanci bez snu i pożywienia bronili się nadal, zadając wrogowi poważne straty.
Chcę, żeby wszyscy zrozumieli, że nie była to ucieczka w popłochu, ale zorganizowany przemarsz. W jednej ze wsi czujka zaskoczyła zmotoryzowany oddział piechoty niemieckiej, niszcząc wszystkie ciężarówki i zabijając Niemców.

Na wysokości wsi Wiejca i Kampinos partyzanci wyszli z lasu. Puszcza - która do tej pory ich chroniła i którą znali, jak własną kieszeń - nie mogła im już pomóc. Jednak szli nadal naprzód, tuż za nimi postępowały pancerne dywizje wroga. Po minięciu Baranowa zatrzymali się w Budach Zosinych niedaleko Jaktorowa, pozostało już tylko przekroczyć tory. Obwinia się dowodzącego majora Alfonsa Kotowskiego ps "Okoń", że zamiast natychmiastowego przejścia przez tory zarządził odpoczynek. Nie jest to jednak tak jednoznaczne, był to już kolejny dzień walk i marszu i żołnierze byli zmęczeni, natomiast faktem jest, że "Okoń" miał spore problemy z dowodzeniem, zwłaszcza w tak trudnej sytuacji i nie cieszył się poparciem żołnierzy, a okoliczności jego śmierci do dziś pozostają tajemnicze. Wg członków Grupy Kampinos wykonano na nim wyrok.

Nad ranem podjęto próbę przejścia przez tory, dość łatwo zlikwidowano gniazda karabinów maszynowych i odrzucono Niemców od torów, wydawało się, że jednak się uda, lecz wtedy nadjechał pociąg pancerny, a potem drugi... Stało się już jasne, że to będzie ostatnia walka... Pociąg pancerny zasypał żołnierzy ogniem, od drugiej strony nadciągały czołgi, a po bokach piechota. Sytuacja stała się beznadziejna, mimo to podjęto walkę. W rowach melioracyjnych utworzono coś w rodzaju czworoboku i tam przygotowano się na najgorsze.

Ostatnim triumfalnym porywem było zestrzelenie jednego z samolotów, na widok czego pozostałe natychmiast opuściły rejon walki.

Zbliżał się jednak nieuchronny koniec Grupy Kampinos. Kończyła się amunicja, na skutek ostrzału zniszczone zostały wozy taborowe, a konie się rozbiegły, kocioł się zamknął. Kolejne ataki udawało się jeszcze odpierać, ale była to już kwestia czasu.
O odwadze i determinacji tych ludzi może świadczyć fakt, że kiedy już nie mieli już czym strzelać, a do natarcia ruszyły oddziały SS, partyzanci pozwolili im podejść najbliżej, jak się dało i rzucili się na nich z bagnetami, wciągając w bezpośrednią walkę, co uniemożliwiało prowadzenie ognia. SS-mani - elitarne oddziały niemieckie - nie wytrzymali psychicznie i rzucili się do ucieczki, porzucając broń. Był to jednak koniec. Kilka małych grup uszło z okrążenia, innym się to nie udało. Na miejscu zostało na zawsze około 170 powstańców, około 150 dostało się do niewoli, chociaż liczba ta mogła być większa, SS-mani i żandarmi jeńców rozstrzeliwali na miejscu. Jak wspominają pojmani przez Wehrmacht, - SS-mani i żandarmi próbowali przejąć jeńców, co zawsze spotykało się ostrym sprzeciwem dowódców Wehrmachtu gdyż nie zgadzali się oni na rozstrzeliwanie jeńców.
Tak zakończyła się największa w dziejach II wojny bitwa partyzancka.

Ok. 1000 partyzantów uszło z okrążenia, jednak nie byli już w stanie nawiązać ze sobą kontaktu. Część z nich walczyła jeszcze w innych miejscach kraju, część wróciła do puszczy, jednak rysował się już wtedy nowy ład i nowa wolność przywieziona na czołgach z czerwoną gwiazdą.

Dalszy opór nie miał już sensu, a Ci najtwardsi nigdy nie doczekali się hasła do nowej wojny.
Świat zaczął żyć własnym życiem i zapomniał zarówno o Polakach walczących na wszystkich frontach, jak i o obietnicach złożonych Generałowi Sikorskiemu.

Dziś po tamtych czasach pozostały jedynie tablice pamiątkowe, cmentarze i pojedyncze mogiły, na których coraz rzadziej palą się znicze. Pamięć ludzka umiera wraz z tymi, którzy pamiętają te dni. A miejsca dawnych walk porósł młody las...

Jeśli kiedyś będziecie w puszczy i zajdziecie w starą jej część, może jeszcze usłyszycie echa wystrzałów z broni i pospiesznie wydawane komendy oraz śpiew partyzantów, a na skraju lasu wśród pól o zachodzie słońca może uda się wam dostrzec sylwetki kawalerzystów na koniach...

Niemcy w walkach z Grupą Kampinos stracili ok 1000 żołnierzy, ok 500 zostało rannych.