Wyprawa do Czerwińska nad Wisłą

W upalny lipcowy sobotni poranek, na parkingu przed płockim teatrem, spotkały się trzy pokolenia Tradytorów, by pojechać do Czerwińska. Animatorem tej wyprawy był Michał UBOOT, który po niezwykle udanej eskapadzie na Wyspę Kormoranów, tym razem postanowił poprowadzić nas w strony, z którymi ma rodzinne powiązania. Swoistą kronikę przygotowań a następnie już jej realizacji znajdziemy na naszym forum -> http://tradytor.pl/forum/viewtopic.php?f=55&t=2397.
    Wszyscy uczestnicy zebrali się ok. godz. 10, na parkingu przed czerwińskim klasztorem. Okazało się, że jest nas trzynaścioro: Michał - UBOOT z Marysią i jej koleżanką, Agnieszka, Krzysztof - kazet, Tomasz - tete, Mariola, Jurek - Jurgen (jedyny motocyklista), Tomek - Thomas, Agata - Jacek&Agatka, Kamila - prząśniczka, Radek - walkersky i Andrzej - bobola, to reprezentanci trzech tradytorowych ośrodków: płockiego, sierpeckiego i łódzkiego.
Po pewnym czasie dotarła do nas przewodniczka z pomocnym jej wolontariuszem. Przewodnictwa naszej grupy podjęła się czerwińska społeczniczka, pani Maria Ziemkiewicz  prezes Fundacji Rozwoju Czerwińska. Michał  serdecznie ją powitał w naszym, Tradytora imieniu. Skoro byliśmy już wszyscy, wysłuchaliśmy ogólnej informacji o Czerwińsku i jego historii.
    Czerwińsk, obecnie miejscowość gminna, niegdyś była miastem a nawet dwoma miastami, jedno klasztorne otrzymało prawa miejskie w 1373 r., drugie biskupie od 1583 r., granicą między nimi był rynek. Prawa miejskie Czerwińsk stracił w 1870 r. Tutejszy najważniejszy zabytek, klasztor powstał w XII w. dzięki staraniom, wielce zasłużonego biskupa płockiego Aleksandra z Malonne, który sprowadził tutaj zakonników Kanoników Regularnych. W 1155 r. papież Hadrian IV przyjął klasztor Najświętszej Marii Panny w Czerwińsku pod opiekę Stolicy Apostolskiej i potwierdził jego posiadłości. Pod koniec XVI w. opactwo czerwińskie było jedną z najbogatszych instytucji kościelnych na Mazowszu. Dzięki licznie przybywającym tutaj dostojnikom kościelnym i świeckim oraz ich orszakom, miasto świetnie się rozwijało.
    Po tym wstępie ruszyliśmy zwiedzać, a zaczęliśmy  od obejrzenia zachowanych resztek murów najstarszego w Polsce szpitala dla ludności, prowadzonego przez zakonników. Następnie schodami zaczęliśmy schodzić w kierunku miasta, mijając po drodze figurę Chrystusa, stojącą w miejscu gdzie odprawiano mszę dla wojsk, prowadzonych przez króla Jagiełłę pod Grunwald. Schodząc dalej dotarliśmy do głównej ulicy, przy której zachowały się stare parterowe domy, niestety wiele z nich jest w ruinie.

Po drodze pani przewodniczka pokazała nam fragment  muru za ogrodzeniem, pozostałość po synagodze, którą przed paru laty postanowili zburzyć miejscowi włodarze i niestety nic nowego w tym miejscu nie wybudowali. Tak wędrując w upale, dotarliśmy do rynku, a dalej nad brzeg Wisły i widok, który nas rozczarował. Czerwińsk miasto żeglarzy, żyjące z obsługi licznych, zatrzymujących się w tutejszej przystani statków rzecznych, obecnie straszy pustką i zaniedbaniem wiślanego brzegu.

Stojąc nad Wisłą trzeba wspomnieć, że to właśnie tutaj 600 lat temu przeprawiały się wojska polskie, zmierzające pod Grunwald, a czyniły to po moście pontonowym, zbudowanym w Kozienicach, spławionym rzeką w częściach i tutaj zakotwiczonym.
Z nad Wisły ponownie przeszliśmy obok rynku, tu dostrzegamy szczerbę w zabudowie i tabliczkę informującą, że tutaj stał dom w którym urodziła Loda Halama. Dalej dochodzimy do trzech drewnianych krzyży, które postawiono na pamiątkę trzech epidemii cholery, które w XIX w. dotknęły miasto

Po minięciu krzyży, idąc pod górę docieramy do cmentarza, a tu w murze obok furtki i bramy widzimy kamienną kropielnicę. Okazuje się, że brama i furtka prowadziły niegdyś nie tylko na cmentarz, ale i do parafialnego kościoła św. Wojciecha, który z uwagi na fatalny stan techniczny, rozebrano pod koniec XIX w. przenosząc parafię do kościoła klasztornego. Na cmentarzu zachował się relikt po kościele w postaci drewnianej dzwonnicy.

Cmentarz obejrzeliśmy dość pobieżnie i udaliśmy się przed czerwińską świątynię, oglądając jej romańskie kamienne wieże z trzema piętrami okien zwanych biforiami. Dolne części wież są zasłonięte gotyckimi ceglanymi ścianami, później dobudowanej kruchty. Po chwili przyszła do nas pani przewodniczka w towarzystwie starszego pana, którego przedstawiła nam jako przewodnika po kościele i klasztorze dodając, że jest to emerytowany proboszcz parafii czerwińskiej i pochwaliła się, że to on przed laty udzielał jej ślubu.
    Nasz nowy przewodnik rozpoczął od zwrócenia uwagi na gotyckie elementy, przed którymi staliśmy, zwłaszcza na bramo-dzwonnicę, którą nazywają dzwonnicą Rafała od imienia opata, który w 1497 r. zainicjował gotycką rozbudowę świątyni. Następnie weszliśmy do kruchty, gdzie największe wrażenie robi wspaniały romański portal, pamiętający czasy powstania kościoła, jest to jednak rekonstrukcja wykonana w  latach 20 ub. wieku po odnalezieniu elementów portalu, usuniętego przy którejś z dokonywanych niegdyś przebudów, może w trakcie barokizacji świątyni w XVII wieku.

Trzynawowe wnętrze kościoła jest barokowe, ale przewodnik zwracał naszą uwagę na odkryte relikty z czasów romańskich, takich jak kamienna kolumna ze śladami pęknięć, którą wzmocniono, obudowując ją filarem, tak uczyniono ze wszystkimi kolumnami podczas którejś przebudowy, ale ta jedna została częściowo odsłonięta w XX w. Rodzynkami wśród zabytków okazały się romańskie i późniejsze freski, które można zobaczyć w południowej nawie. Tam też mogliśmy zobaczyć kopię obrazu Matki Boskiej Czerwińskiej.

Prezbiterium, to piękne barokowe stalle z obrazami świętych, nad stallami zawieszono olbrzymie obrazy o tematyce maryjnej  i przede wszystkim monumentalny, bogato zdobiony ołtarz główny z 1630 r. wykonany przez mistrzów krakowskich. Widoczny na co dzień obraz jest zasłoną umieszczonego w ołtarzu obrazu Matki Boskiej Czerwińskiej, namalowanego w 1612 r. przez Łukasza z Łowicza. Królewicz Karol Ferdynand Waza biskup płocki w 1648 r. ogłasza obraz za cudowny

Po lewej stronie od prezbiterium, schodzimy po paru stopniach do kaplicy z apsydą, kończącą północną nawę kościoła. Obniżona tutaj podłoga pokazuje jaki pierwotnie był jej poziom w całej świątyni. Kaplica zachowała się w stanie możliwie najbliższym jej dawnego wyglądu. Tutaj kończymy zwiedzanie kościoła i  bocznymi drzwiami wychodzimy na wewnętrzny dziedziniec.
Tutaj możemy podziwiać romańską południową elewację kościoła i wieże skąpane w promieniach słonecznych. Dziedziniec wykorzystano do pokazania starych kotwic statków wiślanych, przypominających żeglarską przeszłość Czerwińska. Są też tutaj dawne klasztorne wrota z furtką i drewniane, nadgryzione zębem czasu krzyże. Przez bramę wychodzimy na dziedziniec zewnętrzny, by udać się do klasztornego muzeum.

W muzeum zgromadzono głównie eksponaty etnograficzne, które salezjanie przywozili z egzotycznych stron. Są też obrazy przedstawiające czerwiński klasztor, jeden z nich jest pokazany na nagłówkowej fotografii. Jednak to co tutaj najcenniejsze to kaplica klasztorna, do której prowadzi renesansowy portal z napisem wspominającym opata Kulę. Obecna kaplica to dawny kapitularz, a jego piękne gotyckie sklepienia świadczą o starodawności pomieszczenia, jest też tutaj pokazany fragment starej polichromii przedstawiającej św. Krzysztofa. W znacznie nowszym ołtarzu umieszczono bardzo ładny obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, zaś przy wyjściu zwraca uwagę jeszcze jedna staroć, wmurowana w narożnik ściany, mała kamienna kropielniczka.

Z muzeum wyszliśmy na zewnętrzny dziedziniec z tarasem nad ogrodami klasztornymi. Tutaj pożegnaliśmy się z księdzem przewodnikiem, przespacerowaliśmy się po głównej alei ogrodu, która prowadzi do pomnika św. Jana Bosko założyciela salezjanów. Później powrót przez dziedziniec na parking, gdzie miało miejsce uroczyste pożegnanie się z przewodniczką panią Marią Ziemkiewicz, oczywiście w imieniu nas wszystkich uczynił to, niezawodny w takich sytuacjach, Michał.
    Po tym wszystkim udaliśmy się do wskazanego przez panią Marię miejsca nad Wisłą, by tam na łonie przyrody i w doborowym towarzystwie, spożyć przywiezione ze sobą wiktuały. Było bardzo miło, ale się skończyło, ok. godziny 15 nastąpiło pożegnanie i powrót do domów.
To co napisałem i zilustrowałem zdjęciami, to tylko mój subiektywny obraz tego co działo się na wyprawie do Czerwińska i  każdy z uczestników pewnie miałby tutaj coś do dodania od siebie, ale ja miałem szczęście i na mnie spadł ten miły obowiązek.

Tekst i zdjęcia: bobola