Legendy płockie - Służka Jagusia cz. 1/2

z opowiadania Lucjana Mirkowskiego, 1903 rok, Płock. (pisownia oryginalna)

"Pani Przeździecka znana była na całą Warszawską ulicę, jako mistrzyni w łataniu obuwia, w zelowaniu, wbijaniu napiętków i t.p.; oprócz tego umiała opowiadać moc pięknych historyi z dziejów Płocka, a wszystko to było "najpradziwszą prawdą". Oto jedna z jej ulubionych legend, przywiązana do teatru płockiego.
Bardzo już dawno temu, na górach nad Wisłą, w miejscu gdzie teraz teatr stoi, rosły tylko dzikie drzewa i krzewy. Naokoło straszna pustka, dopiero na Starym rynku zaczynały się pokaźniejsze kamienice, gdzie mieszkali zamożniejsi państwo. U jednych służyła za kucharkę dziewczyna bardzo dobra i pobożna, Jagusia.
Kupiła ona raz na targu koguta i przyniosła do domu, żeby zarznąć państwu na obiad. Ptak był nadzwyczaj piękny, cały w żółte pióra, co błyszczały jak szczerozłote - nie mogła mu się napatrzeć, aż go jej żal było zabić.
Wzięła nóż w rękę - mierzy... mierzy... Ani rusz!... jakby ją coś trzymało...
A kogut taki łaskawy, nic się jej nie boi, tylko co i raz popatruje na nią mądrym okiem - to jednym, to drugim.
Dziewczynie się dziwnie zrobiło, puściła go na ziemię i przygląda mu się.

Naraz wiatr zerwał się na dworze okrutny, buchnął w komin raz i drugi, aż się czarno od dymu w kuchence zrobiło... Jak tylko dym opadł, patrzy dziewczyna, a koguta niema, tylko drzwi stoją otworem.
Zmartwiła się srodze i pędzi szukać ptaka; a kogucisko, jakby jaki pan, stąpa sobie pomaluśku po podwórku i zmierza do furtki. Ona za nim... przeszedł furtkę i na rynek, zakręcił w uliczkę, a potem (...) na miasto w ono pustkowie nad Wisłą. Dziewczyna biegnie wciąż, przedziera się przez gąszcz, a dziwny ptak wciąż umyka czasami nawet trochę przystaje, jakby czekał na nią.
Naraz, już go miała schwycić, kiedy ujrzała zdziwiona, że stoi u stóp góry przed jakiemiś wrotami, a kogut prędko doskoczył i uderzył w nie trzy razy dziobem.
Zaskrzypiało... zatrzeszczało i drzwi otwarły się same, zwewnątrz buchnęło chłodem jak z piwnicy.
Ptak wszedł, stanął... i ogląda się na nią...
Dziewczyna była odważna, nie zlękła się i śmiało idzie na przód. Zaledwie weszła... trzaski... zapadły się za nią żelazne wrota, aż ziemia jęknęła i ogarnęła ją taka ciemność, że niczem najczarniejsza noc.
Zamarło w Jagusi serce z wielkiego strachu, nie może się ruszać, tak jej nogi dygoczą, a oczy wytrzeszcza, że jej ledwie z głowy nie powyłażą.
Wiedziała, że jej już nikt nie pomoże, tylko jeden Pan Bóg; westchnęła więc ciężko i modlić się poczęła gorąco.
Ledwie się pożegnała, gdy naraz błysnęło przed nią jakieś światełko... Chwieje się, drży, migocze ten wątły płomyk, raz się pali niebiesko, to zielono, to znów czerwono. Zaraz jej się raźniej zrobiło i rada była temu ogieńkowi.
Wyciąga rękę, żeby go schwytać, a tu mykł posunął się parę kroków naprzód - dziewczyna za nim, płomyk znów mykł dalej i tak ją wiódł w tej ciemnicy długo czy krótko, daleko czy blizko, sama nie wiedziała.
Wtem buchnęło na nią światło, jakby tysiąc lamp jarzących i ujrzała przed sobą wspaniałą komnatę całą wybitą drogimi kobiercami.
A we drzwiach stoi ten sam żółty kogut (...) prosząc żeby szła dalej. Wchodzi i patrzy (...) zdziwiona.
Na złotym tronie, pod szkarłatnym baldachimem siedzi król w djamentowej koronie, w czarnym (...) płaszczu, podbitym kosztownym futrem, w ręku trzyma berło z kości słoniowej.
Smutny był ogromnie, a łzy mu jak grochy po twarzy płyną...
Jagusi okrutnie się go żal zrobiło, chciała go pocieszyć, ale nie wiedziała jakim słowem ma przemówić do potężnego króla.
A on ani drgnie, tylko ciągle siedzi zbolały i łzy roni gęściutkie...
Naraz jakby ją co tknęło, pokłoniła mu się do kolan wiejskim obyczajem i powitała go po chrześcijańsku:
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Na to król westchnął głęboko, poruszył się i odpowiedział:
- Na wieki wieków, Amen.
- Dziękuję ci, moje dziecko!... Oto imieniem Bożem oswobodzisz mnie z mocy szatańskiej. Schroniłem się tu bardzo już dawno ze swojemi skarbami przed nieprzyjacielem, co szturm do miasta przypuścił, a słudzy zasypali ziemią wrota, żeby wróg nie mógł mnie znaleźć; mieli mię ztąd oswobodzić, gdy się wszystko uspokoi.
- Polegli widocznie, lub uciekli i zapomnieli o swym nieszczęsnym królu.
- Lecz życie moje nie zawsze było bez winy w złocie moim ciążą łzy ludzkie... Oto dlaczego skazanym jestem na pokutę, dopóki grzechy moje nie będą odkupione tem oto złotem!...
Tu wskazał ręką na kilka skrzyń, aż oślepiał; aż oślepiał blask tyle było w nich dukatów!
- Weź, moje dziecko, ile tylko zdołasz unieść i zanieś to ludziom, niechaj na tej górze wybudują kościół a dusza ma dopiero wtedy będzie zbawiona. Co ci pozostanie, weźmiesz sobie, jako nagrodę.
Jagusia nabrała pełen fartuch szczerego złota, ledwie udźwignąć już mogła, a król wołał wciąż:
- Więcej, więcej!
Gdy już tasiemki trzeszczeć poczęły i groziły oberwaniem się, król rzekł:
- A pamiętaj, żebyś wracając, nie oglądał się za siebie, choćby niewiem co się działo za tobą. Gdy się obejrzysz - daremny będzie twój trud, sama zginiesz i mnie wtrącisz w piekło.
A w tem kogut zatrzepotał skrzydłami i gotuje się prowadzić dziewczynę.
Obejrzała się ostatni raz na króla, szepnęła "z Bogiem" i poszła za kogutem.
Ledwo przeszła próg komnaty, taki huk i grzmot powstał, jakby się cała góra na nią zawaliła. Już, już miała się obejrzeć, ale zaraz kogut złapał ją za sukienkę i wnet przypomniała sobie, jakie by na nią spadło nieszczęście z tej ciekawości."

Źródła: 

 Echa Płockie i Łomżyńskie nr 30, 31, 32 z 1903 roku