Legendy płockie - Służka Jagusia cz. 2/2

z opowiadania Lucjana Mirkowskiego, 1903 rok, Płock. (pisownia oryginalna)

"Ciemno było okrutnie, a mądry ptak zmienił się znów w płomyk i wesoło przed nią migotał.
Idzie za tym ognikiem, idzie... gdy wtem słyszy, że brytan jakiś ogromny zaszczekał przeraźliwie i już rzuca się, by ją za kark chwycić zębami.
Ale nie obejrzała się, przyspieszyła tylko kroku, choć ją złoto strasznie ciążyło.
Raptem małe dzieciątko zapłakało tuż pod nogami dziewczyny...
- Jezus! czyżbym na jaką dziecinę nadepnęła? - I już się chciała obejrzeć, bo litościwą miała duszę, ale jak spojrzała na płomyczek wnet się opamiętała.
Potem usłyszała, że pędzi za nią coś galopem, jakby ze sto koni, a parska to, a wierzga... Tak blizko podbiegło, aż na szyi poczuła gorący oddech, i tylko kroku przyśpieszyła, lecz nie spojrzała za siebie.

To woda się na nią lała, to ogień huczał, to węże syczały, to jaszczurki pełzały po jej nogach, nietoperze biły ją skrzydłami po twarzy, coś ją z tyłu szarpało za sukienkę - czym dalej szła tym straszniejsze wycie i głosy słyszała za sobą. Zimny pot wystąpił na jej czoło, ale szła śmiało, szepcząc modlitwy i już niedaleko widziała drzwi uchylone i smugę światła dziennego.
Naraz wszystkie głosy umilkły i dziewczyna odetchnęła.

- Jaguś, a dokąd tak pędzisz? Poczekaj chwileczkę - zawołał głos jej matki.
Ucieszyła się wielce i ledwie się nie obejrzała za matką, ale się przemogła.
Nareszcie przeskoczyła próg... Drzwi zatrzasnęły się za nią, aż wicher zawył i góra zadygotała...
Jakże ślicznie te boże słonko świeci, jak (...) cieplutko na dworze. Radowała się, że na świat wyszła, że jeszcze może oglądać drzewa, krzaki, niebo (...). Teraz mogła odetchnąć śmiało.
Patrzy... o dziwo! góra za nią taka sobie zwyczajna, jakby w niej żadnych cudów nie było. Wrót żelaznych ani śladu, tylko motylki gonią się (...) i ptaszki furkoczą z gałązki na gałązkę.
- Cuda cuda chyba śni?
Ale nie! Rozchyliła fartuchy, a złoto aż iskry po i w oczy strzela w promieniach słońca.
Poszła żwawo do domu i martwiła się srodze, co też pani powie, że tak długo nie wraca (...).
Wchodzi do kuchni i widzi, jak spaceruje po niej jakiś kogut, ale taki zwyczajny, gdzie mu było do tamtego! Wysypała owo złoto na łóżko i pędzi do jaśnie państwa.
- Tak i tak, tak i tak... powiada.
- Dopiero się państwo dziwować zaczną, zaraz ze wszystkim do proboszcza, a potem do samego biskupa; jak się wzięli tak w krótkim czasie postawili piękny kościół murowany.
A nad drzwiami, na pamiątkę, że to zwykła kucharka postawiła ten kościół i zbawiła króla, wykuli rondel, łyżkę i koguta. Jagusi zostało jeszcze sporo grosza, nie potrzebowała już ciężko pracować, sprowadziła całą familię i była sobie panią, ale o ubogich zawsze pamiętała.
Tymczasem źli ludzie zazdrościli poczciwej dziewczynie, szczególnie zawistną była Marysia, dziewka z tej samej wsi, co też w mieście służyła.
Wiedziała z opowiadania, że w zaczarowanej górze jeszcze dużo skarbów zostało i całemi nocami nie sypiała myśląc ciągle, jakby się do tego złota dostać.
Wypytała o wszystko Jagusię, poszła pod tę górę, ale jakoś żadnych drzwi nie widać.
Chodzi... chodzi... a tu nic i nic.
Zaklęła strasznie...
- Żeby chociaż diabeł mnie poprowadził, to bym poszła za nim.
Nagle góra się zatrzęsła i otworzyły się żelazne wrota.
Marysia zlękła się, ale bardzo rada pędzi po pieniądze, a w duchu mówi do siebie:
- Nie głupiam dawać na kościół; nikomu nic nie powiem, schowam sobie i wyjdę za mąż za swego piekarczyka pana Franciszka.
- To to będzie życie! Ptasiego mleka chyba będzie nam niedostawało!...
Dobiegła do izby, gdzie w skrzyniach złoto stoi, ogląda się za królem, co o nim Jagusia opowiadała, a na tronie siedzi ogromny czarny kocur i zielonymi oczami strasznie błyska.
- Bodajeś przepadł - mruknęła i dalej żywo nabierać dukatów do fartucha.
Już wychodziła, ale jeszcze się wraca i znów bierze, taka chciwa była!
Nareszcie obładowana, wraca i mówi do siebie:
- Ażebyście mnie nie wiem jak straszyli to się nieobejrze i już!
Ale nawet ją nie bardzo napastowało tylko słyszała, że ciągle coś tup... tup... tup... za nią stąpa.
Już była za drzwiami, tylko jedną nogę miała za progiem, gdy zawołało za nią głosem Franciszka:
- Dzień dobry panience! A dokąd to?
Nie wytrzymała i obejrzała się.
A wrota zatrzasnęły się z taką siłą, jakby ją kto na dwór wypchnął, tylko jej kawał pięty z trzewikiem obcięło. Bolało ja ogromnie i cała drogę krwią zmoczyła, pocieszała się jednak, że niesie huk złota ze sobą.
Wchodzi na podwórko, gorąco jej się robi strasznie, złoto ją piecze okropnie.
Odchyliła fartucha, a zamiast złota trzyma huk żarzących się węgli.
Rzuciła na ziemię, ale już było za późno. Ogień zajął jej ubranie...
Krzyczała w niebogłosy:
- Ludzie ratujcie po skarby poszłam - ogień przyniosłam...
Ale już nie można było jej ocalić i na środku podwórka, na oczach wszystkich spaliła się na popiół.
Ludzie się dziwowali, o jakich skarbach ona mówiła, ale jak poszli jej krwawym śladem, domyślili się wszystkiego. Od tej pory nawet największy chwat nie miał odwagi szukać zaklętego złota.
A tymczasem kościół stał sobie pięknie na wolę bożą i ludzie się w nim modlili".

Źródła: 

 Echa Płockie i Łomżyńskie nr 30, 31, 32 z 1903 roku